Diagnoza i co dalej? Czyli ”… Panie Premierze, jak żyć?”

person lying on bed while covering face with pillow and holding eyeglasses

„…to niemożliwe, lekarz na pewno się pomylił…”

„…jak on mógł powiedzieć Ci coś takiego o drugiej w nocy?”

Takie oto były komentarze moich najbliższych po usłyszeniu relacji dotyczącej przedstawionej mi właśnie na SORze diagnozy SM. 

W domu zaś czekali na mnie: płacząca teściowa, niedowierzający mąż oraz śpiące, niezdające sobie z niczego sprawy dziecko. 

Swoją drogą, to był naprawdę dość krnąbrny zbieg okoliczności jaki zafundował mi los: diagnoza SM i drugie urodziny mojej Łucji tego samego dnia. 

Pamiętam, jak po tych godzinach spędzonych na SORze, siedziałam w kuchni popijając herbatę. Miałam wtedy olbrzymi mętlik w głowie. Zalała mnie fala przemyśleń pt. „…co dalej?”. Jak sobie o tym teraz myślę, to zaskakujące jak dziwne i nielogiczne mogą one być w takiej sytuacji. Po kłębiących się obawach dotyczących mojej córki, pojawiły się te związane z pracą. Zastanawiałam się nad tym jak diagnoza wpłynie na moją tzw. karierę zawodową i co powiem mojemu szefowi, który przecież dużo czasu zainwestował w mój rozwój i, być może, liczył na wsparcie w kolejnych projektach. 

Było to dla mnie o tyle zaskoczenie, że chociaż rozwój zawodowy zawsze był dla mnie ważny, to spodziewałabym się, że w sytuacji, gdy mówimy o zdrowiu i życiu, priorytety naturalnie się zmieniają. Jak widać, nie do końca. 

Po latach odkryłam genezę tego lęku. To nie o upadek mojej kariery czy obniżenie mojego poziomu życia tak bardzo mnie martwiły. To czego tak naprawdę się bałam, to ryzyko utraty przynależności do grupy (oraz brak możliwości definiowania się przez pracę). 

Mój ulubiony cytat z serialu Amazon Prime „Fleabag” to : „…inni ludzie są wszystkim co mamy.” 

Tak więc, odpowiadając na pytanie, które swego czasu zadał Panu Premierowi Tuskowi pewien zmęczony człowiek: „…jak żyć?”, w tym wymagającym dla mnie czasie, odpowiedziałabym: …z otwartością na drugiego człowieka. Jest to o tyle dla mnie odkrywcze, że całe życie uważałam się za zdeklarowanego, nieugiętego introwertyka. Myślę, że wtedy podejście do innych ludzi pt.: „…serio, potrzebuję pomocy…” , na swój sposób uratowało mi życie.   

Ale wracając jeszcze do tych dni zaraz po diagnozie, miałam wtedy świadomość, że za parę dni czeka mnie kolejny pobyt w szpitalu w celu bardziej szczegółowej diagnostyki. I, jak się okazało później, teraz dopiero zaczęła się jazda bez trzymanki.