Wartości młodej latorośli

woman in white shirt using smartphone

W końcu doczekałam się lepszej pogody ducha i tej zza okna. Przez dłuższy czas przedłużającego się zimowego czasu, spędzonym w murach brakowało mi światła dziennego . Brakowało mi energii do działania, do aktywności chociażby w postaci spaceru, gry na świeżym powietrzu czy wypadu na rowery. Tak bardzo chciałam poukładać rytm pracy i nauki zdalnej przede wszystkim w kierunku, żeby moje dziecko nie doznało stanu stagnacji i rezygnacji – wypalenia, co się często zdarza wśród nas dorosłych. Przez cały ten czas byłam jestem i będę dla niej oparciem, nie preferując poświęcenia, a dając zaangażowanie i pomoc, kiedy tylko zaistnieje taka potrzeba.  Przygotowałam swoją córkę najlepiej jak potrafiłam do powrotu stacjonarnego do szkoły, wypracowaliśmy systematyczność i uczciwość w nauce. Zadanie to było wyzwaniem dla nas wszystkich, ale jestem spokojna o to, że moje dziecko nie będzie musiało reanimować relacje z rówieśnikami, nauczycielami  i całym środowiskiem społecznym. Ostatniego weekendu wybrałyśmy się na piknik rowerowy do lasu. Spakowałyśmy herbatę do termosu, przekąski, zaopatrzyłyśmy się w lornetki , telefony, bo jak robić zdjęcia to tylko z moim dzieckiem, ma do tego dryg i wyczucie. W naszych leśnych terenach jest mnóstwo miejsc do odkrycia, począwszy od bunkrów po różnego rodzaju historycznych ruin, które po prostu uwielbiamy. Miewałam niespokojne myśli, że moje dziecko za mało się stara, za dużo czasu poświęca elektronicznym wynalazkom, pozostawia po sobie nieporządek w domu i za dużo oczekuje w wyręczaniu się mną mamą w sprawach codziennych.

Ubzdurałam sobie jej niesamowitą samodzielność i samowystarczalność. Dopiero w ten krótki wypad zrozumiałam, że swoje dziecko odkrywam i poznaję każdego dnia, nie we wszystkim miałam słuszne podejrzenia, w tym, że jej nie zależy na obowiązkach i staraniach, a życie jakoś lekko przepływa przed oczami. Podczas tej wycieczki moja kondycja fizyczna wołała o pomstę do nieba, zaś ma latorośl, pomimo 7 miesięcznej zdalnej aktywności fizycznej, nie licząc spaceru z psem, świetnie sobie radziła. To ja dyszałam jak stary parowóz pod górkę, chociaż nie grozi mi otyłość i inne cięższe schorzenia, które mogłyby mnie wyeliminować z aktywnego życia na świeżym powietrzu. Dotarłyśmy do ruin kościoła św, Mikołaja, zbombardowanego w czasie okupacji wojennej. Wszystko znajdowało się  dosyć wysoko , otoczone lasem, ciszą i słoneczną aurą. Zeszłyśmy niżej do sąsiedniej wsi, żeby przystać w polu i napić się ciepłej herbaty, idąc polem obok starego domu, za pewne przeznaczonym do rozbiórki usłyszałyśmy głośne wołanie starszej kobiety. Rozglądając się wkoło, próbując wychwycić skąd dobiega głos na wprost nas w tym rozpadającym się domu w uchylonych drzwiach siedziała na krześle kobieta. Potrzebowała pomocy, ale nie nie mogła się poruszać, więc zdała się na własne wołanie, jak tylko zobaczyła żywe dusze, przeprawiające się przez pola. Początkowo ogarnął nas niepokój, że w takim domu jeszcze ktoś egzystuje. Podeszłyśmy nieufnie bliżej. Kobieta była schorowana, przemarznięta, owinięta wokół ciała kocem, przewiązanym sznurkiem. Przeprosiła za zawrócenie nam uwagi swoja osobą, ale od kilku dni nic nie jadła, czasami prosi obcych o zrobienie zakupów, ale zazwyczaj biorą ją za margines społeczeństwa i nie wracają ani z pieniędzmi, ani z zakupami.

Bardzo dotknęła nas obie ta sytuacja, widać los chciał, abyśmy właśnie tamtędy przechodziły.

Moja pociecha nalała starszej kobiecie herbaty i dotrzymała jej towarzystwa, podczas, gdy ja poszłam zakupić coś do jedzenia. Sklep znajdował się niedaleko, po drodze spotkałam sąsiadkę, którą zapytałam o los tej biednej starszej kobiety, czy ktoś jej pomagał? I czy interesuje się tym jakakolwiek instytucja? Jednak zostałam poinformowana o tym, że schorowana kobieta nadużywa alkoholu, a jej zasiłek wynosi tyle, co emerytura napotkanej sąsiadki i lepiej pomóc komuś innemu i nie mieszać się w takie sprawy. Osąd został wydany. Szczerze powiedziawszy, jak pomyślę sobie, że miałabym przezimować w nieocieplonym domu pod stertą koców i licznego pierza, z całą odpowiedzialnością przyznaję, że zmuszona byłabym zostać nałogową alkoholiczką. Po krótkiej rozmowie z ta kobietą nie wynikało ani z mowy, ani z wyglądu, że ona praktykowała to przesadnie. Najważniejsze w tym momencie było nakarmić głodnego. Pożegnałam życzliwa sąsiadkę, zrobiłam zakupy i wróciłam do domu kobiety. Pogadanka z moją córką trwała w najlepsze. Kobieta opowiadała historię swojego życia, choć smutną, była w jej oczach wdzięczność za wszystko co ją otacza, a przecież jej całym światem był widok zza otwartych drzwi na przestrzeń, którą widziała przed sobą. W tym przypadku był to krajobraz pola, który zmieniał kolory zgodnie z obecną porą roku. Nie nam było oceniać, dlaczego taki los spotkał kobiet , w mojej intencji była pomoc na tyle, ile w danym momencie mogłam uczynić. Ja na tym nie straciłam nic, ale ona zyskała wiele. Nie był to jedynie prowiant, ale obecność drugiego człowieka, której tak bardzo próbujemy się wystrzegać, bojąc się odrzucenia i krzywdy, a zarazem tak bardzo jej pragniemy, tak niewiele. Spędziłyśmy tam solidną godzinę, słuchając podziękowań, wdzięczności za pomoc i obecność. Żegnając się obiecałam, że przyjedziemy zaś z zakupami w tygodniu.

W drodze powrotnej zapytałam córkę, o czym rozmawiały, kiedy poszłam do sklepu.Okazało się, że historia od początku życia tej kobiety nie była usłana różami. Kobieta straciła rodziców na kresach wschodnich, była bardzo chorowita, obecnie miała miażdżycę i z trudem przemieszała się w tym grożącym zawaleniem budynku. Siostra się jej wyrzekła, mogła liczyć na jeden ciepły posiłek w ciągu dnia i zasiłek. Widać, że tak młoda osoba, jaką jest moje dziecko bardzo to wstrząsnęło. Oczywiście jest między nami wiele trudnych rozmów właśnie na tematy ubóstwa, żeby nie mieć oczu zamkniętych, ale i też nie dać się wykorzystać. 

W tygodniu córka zrobiła porządki, dzięki którym znalazło się mnóstwo rzeczy do podarowania właśnie takiej osobie, która jeszcze je wykorzysta. Przy okazji w segregacji ubrań, zabawek córka postanowiła oddać te rzeczy w sąsiednim klasztorze, w którym przebywały samotne mamy z dziećmi. Nie musiała tego robić, ponieważ to były jej rzeczy i jej wola czy to sprzedać i nabyć sobie coś nowego, czy oddać do użytku innym.

– Wiesz mamo-usłyszałam, wszystkie te nowe rzeczy są takim hedonistycznym szczęściem.

– A skąd Ty znasz takie słowo? Zapytałam

– Od ciebie, często powtarzasz to w rozmowach z koleżankami, to chyba znaczy, że coś jest takie na chwilę, ulotne, daje krótkie poczucie zadowolenia.

Mądre to moje dziecko i uczynne, fakt bałagani i nie zawsze po sobie posprząta. Nie zawsze też chętnie przygotuje się do następnych zajęć i ociąga w wielu kwestiach, ale podczas tego wypadu poza miasto bardzo mi zaimponowała. W świecie, w którym jest lans na tik tok i młodych youtuberów, ona wykazała się odwagą, współczuciem i empatią wobec drugiego człowieka.

Poddałyśmy się obie obustronnej ufności w tym działaniu.

Na kolejnych zakupach , moja dojrzała latorośl przybiegła z kremem nivea , wkładając go do koszyka.

-To ode mnie dla tej pani, ona smaruje buzię tym kremem, tak mi mówiła ostatnio, jak byłaś w sklepie, że chcieli ją wziąć do przytuliska, ale zasiłku by nie starczyło na pobyt tam i musiałaby sobie odmówić nawet tego kremu, a tylko jego używa.

Kolejne zaskoczenie, bardzo pochlebne. Od tamtego wydarzenia, widzę większe zaangażowanie i czujność na krzywdę ludzką w oczach i czynach mojej latorośli. Z jednej strony cieszy mnie to zaangażowanie, ale z drugiej napawa rozwagą nad tym, żeby robić to mądrze i z sensem, bo często można zostać kozłem ofiarnym. Jednak przecież nie będę deprawować wartości w młodym człowieku, które być może uchodzić będą za niedługo jako eksponat w muzeum. Jestem z córki bardzo dumna i mile zaskoczona jej podejściem do całej sytuacji, także omówimy sobie na spokojnie i głębiej pojęcie altruizmu, chyba śmiało mogę wprowadzić córkę w jego zagadnienie.