Dziś opiekowałam się dwulatką. Córką mojej przyjaciółki. Słodziutka. Okrągłe policzki, sandałki z brokatem, śmiech jak dzwonek. Byłyśmy na spacerze, potem na placu zabaw. Przez dwie, może trzy godziny poczułam coś ciepłego w piersi. Taki rodzaj czułości, który niemal boli. I wiesz, co zrobiłam z tym uczuciem? Nacieszyłam się nim w pełni. A potem oddałam ją mamie i westchnęłam z ulgą.
Tak. Z ulgą. Piszę to wprost, bo wiem, że nie jestem w tym sama, ale mało która z nas ma odwagę to powiedzieć.
Małe dzieci są zachwycające. Jak wystawy w muzeum. Można je podziwiać godzinami. Ale nie muszę w tym muzeum mieszkać.
Byłam i jestem mamą – nie Matką Polką
Chciałam jedno dziecko. Tylko jedno. Wiedziałam to od zawsze i nie zmieniłam zdania ani raz. Nie dlatego, że jestem egoistką, choć wiem, że niektórzy tak to nazwą. Dlatego, że znam siebie. Wiedziałam, ile miłości mam, ile cierpliwości, ile energii. I postanowiłam dać to wszystko jednej osobie, zamiast rozlewać po połowie.
Moja córka miała babcię i to babcia była sercem naszego domu. Czytała jej książki, bawiła się z nią w kuchni, budowała z nią ten ciepły, domowy świat. I nie zamierzam się wstydzić, że tak to wyglądało. Bo ja byłam gdzie indziej na dworze. I tam też tworzyłam jej świat, tylko inny. Szerszy. Dzikszy.
Dzikie Matki i dziesięć kilometrów szczęścia
Przez wiele lat w każdy piątek wychodziłyśmy w góry. Grupka matek, które same siebie nazwałyśmy Dzikie Matki i nasze dzieci. Nawet pięciolatki. Dziesięć kilometrów w góry, w deszcz, w błoto, w słońce. I te dzieci były szczęśliwe w sposób, którego nie da się kupić ani zaplanować.
W połowie trasy rozkładałyśmy piknik. Organizowałyśmy konkursy kto najdalej skoczy, kto najwyżej, kto przeskoczy przez plecak. Śmiech się niósł między drzewami. Nogi były brudne. Twarze roześmiane. To było moje macierzyństwo na dworze, w ruchu, w powietrzu. Morze, góry, place zabaw, spacery bez końca.
Dom zostawiałam babci. Dwór brałam dla siebie i dla niej.
Czy to znaczy, że byłam gorszą matką? Nie. Znaczy, że wiedziałam, gdzie jestem najlepsza. I robiłam właśnie to.
Mój dom był otwarty – na moich zasadach
Choć dom był, do któregoś czasu królestwem babci, nie byłam w nim obca. Córka miała swoją najlepszą przyjaciółkę. Od małego przychodziła do nas, zostawała na noc, zapraszała się, jakby to był jej drugi dom. I był. Gotowałam im, co chciały. Chciały się przebierać? Proszę bardzo. Chciały się malować? Siadamy razem. Robiłam z nimi, co chciały, bez nerwów, bez zegarka, bez listy obowiązków.
To był mój rodzaj czułości. Nie siedzenie nad książeczkami do snu, ale pełna obecność wtedy, kiedy byłam. Bez półobecności, bez telefonu w ręku, bez myślenia o czym innym. Byłam albo całkowicie, albo wiedziałam, że babcia da jej to lepiej ode mnie.
Dwie godziny z dwulatką – i co mi to dało?
Dało mi coś, czego się nie spodziewałam: pewność. Pewność, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być. Że to, co za mną – place zabaw, góry z pięciolatką na plecach, pikniki w deszczu, konkursy skakania przez plecaki – minęło słusznie i pięknie.
Dziś moje życie z piętnastolatką to rollercoaster. Kłócimy się chyba każdego dnia i zaraz potem się śmiejemy. Przytulam ją wtedy, kiedy mi jeszcze pozwoli. Rozmawiamy wtedy, kiedy ona chce. Ona ma swój świat i miała go już od dawna, bo od małego mówiła głośno i wyraźnie: potrzebuję swojej przestrzeni, mam swoje życie. I wiesz co? Uszanowałam to. Bo poznałam w tym siebie.
Nie spędzamy już razem tyle czasu co kiedyś. Nie dlatego, że coś się popsuło, dlatego, że ona rośnie. Jestem wtedy, kiedy mnie potrzebuje. Jak wraca ze szkoły i chce opowiedzieć nie tylko o lekcjach, ale o relacjach, o tym co ją boli albo śmieszy – to słucham. Jak nie chce, nie cisnę. Kocham dalej po swojemu i żyję swoim życiem.
I to też jest macierzyństwo. Może nawet najtrudniejsza jego forma to być blisko, ale nie za blisko. Być, ale nie przeszkadzać.
To jest moje życie. I kocham je
I czasem mówię jej żartem: „Wiesz, chciałabym, żebyś chociaż na jeden dzień miała znowu pięć lat”. Ona przewraca oczami. Ja się śmieję. I obydwie wiemy, że to tylko czułe wspomnienie, nie życzenie na serio.
Bo na serio? Nie chcę wracać.
Magia nie jest w nostalgii. Jest w teraźniejszości.
Jako Twórczyni Koron Mocy widzę kobiety, które utknęły. W etapie, który minął albo w tym, który jeszcze nie nastał. A życie płynie właśnie teraz, między jednym etapem a drugim.
Prawdziwa korona mocy nie leży w przeszłości. Ona jest tu. W tym, że dzisiaj opiekowałam się małą dziewczynką przez trzy godziny i było pięknie. I w tym, że potem wróciłam do swojego życia i też było pięknie.
Obie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie. To nie jest zdrada macierzyństwa. To jest dojrzałość.
Kocham dzieci, ale nie jestem matką, która definiuje się przez macierzyństwo. Jestem kobietą, która jest też matką. I ta kolejność ma znaczenie.
Więc jeśli czytasz to i czujesz ulgę – dobrze. Ta ulga jest Twoja. Należy Ci się. Nie musisz udawać, że tęsknisz za etapem, który minął, żeby być dobrą matką.
Kochałaś. Na swój sposób. I poszłaś dalej. I to jest właśnie siła.
Zdjęcie: Jametlene Reskp on Unsplash
Zobacz także:
Macierzyństwo, o którym nikt nie ma odwagi mówić
Wypalenie rodzicielskie – jak nie porównywać się z innymi i odpuścić?
Twórczyni Koron Mocy i kobiecej przestrzeni, w której intuicja, symbolika i wewnętrzne piękno spotykają się, aby wydobyć z kobiet to, co najprawdziwsze. Strażniczka ukrytych skarbów, które każda kobieta nosi w sercu. Przewodniczka po świecie kobiecej mądrości, historii rodowych, intuicyjnej siły i delikatności, która jest jednym z największych darów.
Od lat towarzyszy kobietom w procesie powrotu do siebie. Tworzy Korony Mocy, które są nie tylko ozdobą – są symbolem pamięci, odwagi, godności i wewnętrznego światła. Każda korona powstaje intuicyjnie, z intencją i głębokim zanurzeniem w energię kobiety, dla której jest tworzona. To osobiste talizmany, które przypominają, kim naprawdę jest kobieta.
Autorka książek: „Korony Mocy. Opowieści o wartościach i siłach wewnętrznych”; „Sklep z marzeniami” oraz ebooka „Magnetyzm Królowej”, który pomaga kobietom obudzić ich naturalną charyzmę, pewność siebie i blask wynikający z prawdziwej obecności.
Współpracuje z Women in Business Magazine, gdzie ma własną rubrykę „Głos Marty” – przestrzeń inspiracji, refleksji i intuicyjnych przekazów kierowanych do kobiet, które pragną żyć w zgodzie ze sobą.
Pracuje poprzez słowo, symbol, energię i uważność. Pomaga kobietom odnaleźć to, co w nich najpiękniejsze: siłę zakorzenioną w doświadczeniu, delikatność połączoną z odwagą, intuicję, która prowadzi, i światło, które nie gaśnie, nawet jeśli życie bywa wymagające.




