0

Mama za zakupach to widok to nieodłączny element, który widzimy każdego dnia. Kupujemy produkty spożywcze, chemię, ubrania i inne, które są niezbędne… No właśnie, czy faktycznie wszystko co wkładamy do koszyka jest tym co musimy mieć? Warto się nad tym zastanowić, bo świadome zakupy przyniosą nam wiele korzyści.

Czego dowiesz się z tego spotkania:

  • Jak świadomie wybierać produkty w trakcie zakupów?
  • Jak przygotować się do zakupów?
  • Jakie towary koniecznie powinny znaleźć się w koszyku świadomej mamy?
  • Czego unikać w trakcie robienia zakupów spożywczych?
  • Obiekcje, wymówki, brak czasu – czyli od czego zacząć wdrażanie się w świat świadomych zakupów?
  • Ile można zaoszczędzić robiąc świadome zakupy?

Nasz gość:

Karolina Skraburska – psychodietetyk. Obecnie pomaga w osiągnięciu odprężenia poprzez: masaż KOBIDO japoński, kinesiotaping twarzy, masaż relaksacyjny oraz masaż bańką chińską. Więcej znajdziesz na KU Zdrowiu.

Świadoma Mama na zakupach – rozmowa z Karoliną Skraburską

Transkrypcja

Dominika Hapek: Moi Kochani, witam Was bardzo serdecznie na fanpage’u Sama Mama. Dzisiaj wyjątkowy jubileuszowy odcinek – 50. odcinek live’ów na naszym profilu. Jestem z tego niezwykle dumna i bardzo szczęśliwa, że możemy dzisiaj być z Wami i świętować ten okrągły jubileusz. Naszym gościem jest wyjątkowa kobieta, świadoma mama – psychodietetyk Karolina Skraburska.

Karolina Skraburska: Cześć, Dominiko! Serwus Wszystkim Widzom! To jest moja premiera, pierwsze nagranie na żywo na takim szanownym portalu. Bardzo się cieszę i proszę o dużą, dużą wyrozumiałość.

DH: Moi Kochani, aby nasz gość czuł się komfortowo i miał bardzo miłe wspomnienia, proszę Was o lajki, serduszka i przemiłe komentarze w podziękowaniu za to, że przyjął zaproszenie na nasze spotkanie. Będziemy dzisiaj rozmawiały o tym, jak być świadomą mamą na zakupach – jak się przygotować do tych zakupów, jak przeżyć zakupy z dziećmi, jak funkcjonować w tym świecie bardzo różnych produktów, reklam, działań marketingowych, jak świadomie wybierać wartościowe produkty.

Temat świadomości konsumenckiej jest bardzo ważny i uważam, że dzisiaj nie wyczerpiemy go w całości. Natomiast przygotowałyśmy z Karoliną taki schemat, który według nas jest najważniejszy i może być taką podstawą do tego, żebyście na zakupach czuły się pewnie, czuły się komfortowo, wiedziały, po co sięgać na półkach sklepowych. Nawet już pod kątem wigilijnych przygotowań – z czym warto się zapoznać i co zacząć wkładać do koszyka na zakupach. Bo mamy dużo alternatywnych zamienników, o których czasami nie jesteśmy poinformowane. Nie jesteśmy świadome tego, że możemy jakieś produkty kupić zamiast tych, które zawsze lądują w naszym koszyku, jak na przykład słodycze dla dzieci. Więc z Karoliną będziemy dziś poruszały taki temat: świadoma mama na zakupach. I ponieważ wybrałyśmy temat bardzo mocno dotyczący świadomości, to chciałam na początek zapytać, co oznacza dla Ciebie bycie świadomą mamą.

KS: Świadoma mama to taka, która dba o zdrowie całej rodziny. Kiedy myślę o tym, jak dbamy o rodzinę, o siebie, to zawsze przypomina mi się komunikat z samolotu. Kiedy coś się dzieje, to komunikat mówi, że najpierw zakładasz maseczkę z tlenem sobie, a później dzieciom czy pomagasz innym pasażerom. I dokładnie tak samo jest przy dbaniu o to, co jemy, i o zdrowie – musimy zadbać o siebie po to, żeby mieć energię, siłę do życia po prostu, fajnego życia w rodzinie. Jeżeli robimy zakupy, jeżeli gotujemy, to myślimy tak samo o sobie, jak o całej rodzinie. Model mamy, która dojada jakieś resztki po dzieciach – to nie jest fajne.

DH: To nie jest fajne i się nie sprawdza. Moje Drogie, ja bardzo często słyszę od kobiet, które w naszej Fundacji wspieramy, słowa: „kurczę, a ja się tak poświęciłam, tyle najlepszych lat młodości oddałam dzieciom, rodzinie”. A dziś jako osoby 40 plus muszą zacząć wszystko od nowa, nawet z tym bagażem nadprogramowych kilogramów. I często to jest też problem, że dziewczyny nie mają czasu zadbać o siebie, o swoją formę, o zdrowie, o regularne posiłki, o wypicie ciepłej kawy czy pójście na fitness, na basen, bo cały czas są sfokusowane na rodzinie. Więc bardzo fajnie, że to wybrzmiewa i ja również apeluję o to, żeby zadbać o sobie i tę świadomość siebie mocno budować.

Powiedz mi, proszę, jeżeli świadoma mama to jest taka mama, która dba o siebie, dba też o swoją rodzinę, to jak powinnyśmy świadomie przygotowywać się do wyjścia na zakupy, do stworzenia domowych zapasów, zapełnienia lodówki. Jest okres bożonarodzeniowy i wiele z nas robi listy, już lepi pierogi, robi uszka.

KS: Tak, już się przygotowujemy.

DH: Więc dzisiaj chciałabym, żebyśmy dostarczyły naszym słuchaczkom wartościowej wiedzy, jak się przygotować do zrobienia takich zakupów.

KS: No tak. W grudniu dużo kasy wydajemy na zakupy. W tym oczywiście na zakupy spożywcze, bo większość z nas w święta coś gotuje. Nawet jeżeli w tym ferworze codzienności coś tam zamawiamy, dzieciaki jedzą w szkole, to jednak większość mam w święta chce coś upichcić domowego, smacznego, tradycyjnego.

Wybieramy się na zakupy – większość ludzi zaczyna już na początku grudnia tę selekcję – i najważniejsze, kiedy się wybieramy, to jest sprawdzenie tak zwanych stanów magazynowych. Czyli idziemy do lodówki, robimy przegląd tego, co mamy, sprawdzamy daty i też możemy sprawdzić, jak dana żywność wygląda. Bo zapach, wygląd też pomagają ocenić, czy ona się jeszcze nadaje do spożycia, czy już powinna wylądować w kompostowniku czy w koszu. Więc sprawdzamy stan lodówki, sprawdzamy stan zamrażarki, jeżeli takową posiadamy, i sprawdzamy stan szafki lub spiżarki – miejsca, gdzie przechowujemy suche produkty. To jest pierwsza sprawa. I czasami może się tak zdarzyć, że z tej listy naszej zakupowej zostanie połowa albo nawet i mniej, bo okaże się, że gdzieś tam jeszcze mam kaszę i inne dziwne produkty. Nie róbmy dużych stanów magazynowych, bo czasy deficytów towarowych się dawno skończyły. I wszystko można kupić, naprawdę.

Druga ważna sprawa, Drogie Mamy, to jest lista – ta nieszczęsna lista zakupowa, która się bardzo przydaje. Bez niej w sklepie czegoś zapominamy i jesteśmy bardzo sfrustrowane, bo na przykład jechałyśmy po kaszę, a kupiłyśmy wszystko oprócz kaszy. Więc lista jest świetna. No i trzymamy się tej listy.

DH: Lista papierowa czy lista w internecie, w aplikacji?

KS: Co kto lubi. Ja jednak wolę formę papierową. Mój patent na to, żeby w domu nie zabrakło niczego, co rzeczywiście jest potrzebne, to powieszenie listy na lodówce, z długopisikiem powieszonym obok. Skończyły się jajka – dopisujemy na listę. I wtedy ta lista jest na bieżąco uaktualniana.

DH: Jest aktualna – to jest świetne. Natomiast, Moje Drogie, jeżeli któraś z Was dzieli się obowiązkami zakupowymi z innymi członkami rodziny, to ja rekomenduję korzystanie z list internetowych. Te listy są zsynchronizowane na telefonach dwóch, trzech domowników. Najbardziej aktualna lista ma datę bieżącą. Jeżeli czegoś brakuje, to można w każdej chwili dopisać, żeby nie trzymać tego w głowie. I to jest też fajne, że nie wydajemy tyle pieniędzy na rzeczy, których nie potrzebujemy. Jeśli większość towarów gdzieś w domu, w szafce, można znaleźć – nie dublujemy tych produktów. Więc myślę, że ta lista jest do tego takim kluczem. OK, czyli mamy już listę. Co dalej?

KS: Super, mamy listę. Ale teraz przydałoby się jeszcze zaplanować, co będziemy gotować. To jest temat zarówno codzienny, jak i oczywiście też świąteczny. Czyli planujemy sobie po prostu rzeczy, które chcemy przygotować na święta. I oczywiście, jeżeli robimy wigilię same i zapraszamy mamę, teściową, ciocię i sąsiadkę, no to super, na pewno będzie tego więcej. Ale tak samo planujmy, jeżeli będziemy przygotowywać jakieś rzeczy i zabierać gdzieś w gości. Ja naprawę sprawdzam, co mam do danej potrawy, a czego mi brakuje. Nie robię tego na tak zwanego wariata, że wchodzę do sklepu i zastanawiam się albo szukam w internecie w sklepie, co mi będzie do makowca potrzebne. Przygotowuję się naprawdę na spokojnie w domu.

DH: Czyli to jest taki proces, który trwa. Zaczynasz sobie go wcześniej. Przeglądasz stany magazynowe, patrzysz na przepis, co Ci jest potrzebne. Żeby też nie robić tego pod wpływem presji czasu, że musisz już – bo masz akurat wolne popołudnie – biec do sklepu i zrobić większe zakupy. OK, to mamy już drugi element bardzo ważny zanim wyjdziemy z domu.

KS: Uprzedzam, że nie lubię spędzać czasu w sklepie. Nie bawi mnie to zupełnie, dlatego ograniczam to do minimum. Niektóre osoby mogą to nazwać lekkim zboczeniem, ale przygotowuję sobie listę zakupów pod konkretny sklep. Ponieważ pamiętam, co gdzie w sklepie leży, przygotowując listę, robię to półkami. Naprawdę zakupy w sklepie średniogabarytowym zajmują mi 15–20 minut i mam wszystko na weekend czy nawet na cały tydzień.

DH: To zdradź nam sekret, jak to robisz. Bo słyszałam o tym od koleżanki parę lat temu. Ona ma jeden sklep, który zna na pamięć. I powiedziała, że nie da się przekonać do innego, że ma listę, wchodzi i wie, co po kolei brać z półek.

KS: No i ja mam taki sklep, który nie zmienia ustawień. Bo są sklepy, które zmieniają, i ja do nich nie chodzę. Chodzę właśnie do tego, który nie zmienia ustawień. I co ważne jest też dla mnie – o tym w dalszej części będę mówić, a teraz tylko troszeczkę napomknę – jeżeli idę do sklepu, który znam, i znam z niego produkty, to mam ułatwione zadanie, ponieważ nie muszę wtedy czytać etykiet. Jeżeli weszłabym do nowego sklepu, z produktami, których nie znam, musiałabym dużo więcej czasu poświęcić – również na czytanie etykiet. Więc to też przemawia na korzyść mojego starego sklepu, który znam już od kilku lat.

DH: Czyli rozumiem, że do etykiet i do tego, co robimy w sklepie, przejdziemy za chwilkę. Masz wybrane sklepy, w których wiesz, jakie zakupy będziesz robiła – czyli konkretne listy pod konkretne sklepy.

KS: Tak, w jednym sklepie zawsze kupuje.

DH: Idziemy tym torem. Już mamy listę, mamy podzielone, że tu robimy to, a tam robimy tamto. Ja też bardzo lubię sobie organizować czas i robię wszystko po tak zwanej drodze. Czyli jadę w jedno miejsce, a po drodze załatwiam sześć innych spraw.

KS: Sprytnie.

DH: Do tego stopnia ograniczam zużycie paliwa i czasu, że dokładnie planuję trasę, by nie tracić czasu na zbędne zbaczanie z drogi.

KS: Mamy mają super, naprawdę. Wszystko jest wyliczone co do minuty.

DH: Wszystko co do minuty mam czasami obliczone i śmieją się ze mnie koleżanki, że ja to bym mogła trasę rajdową planować jako pilot.

KS: To super, naprawdę super. Wiesz, ile musisz czasu spędzić w danym sklepie. Świetnie. Bardzo ważne dla mnie osobiście jest to, żeby zakupów nie robić w dużym pośpiechu, czyli na przykład między pracą a odbieraniem dzieci z baletu. Jeżeli na przykład zaraz trzeba dziecko odebrać ze szkoły i zostało nam 10 minut, to będziemy się stresować, że jest kolejka, że nie możemy znaleźć jakiegoś produktu, który chciałyśmy kupić, bo koniecznie chcemy sobie na kolację zrobić makaron z pesto. Dlatego wolę zrobić zakupy raz w tygodniu, ale na przykład późnym wieczorem, kiedy wiem, że dziewczyny, moje córcie, są pod opieką taty. I ja mogę na spokojnie, na luzie, bez stresu sobie pochodzić między tymi półkami. I wybrać to, co mi pasuje. Lubię zakupy na luzie. I lubię zakupy sama. Jednak bez dzieci.

DH: Do tego właśnie chciałam przejść. Czy zabierasz dzieci ze sobą do sklepu, czy jednak takie większe zakupy robisz samodzielnie?

KS: Nie lubię zabierać moich dzieci do sklepu. Bardzo ciężko jest wytłumaczyć dzieciom, że ta żywność, która jest najsmaczniejsza, najmniej im służy. I są walki o to, co trzeba kupić, a czego lepiej unikać. Poza tym dziewczynki lubią gonić między półkami, mnie to stresuje – że coś spadnie, że coś się potłucze, że będzie nieprzyjemna sytuacja. Wolę sama. Oczywiście w sytuacjach, kiedy nie mam innego wyjścia, bo jestem po prostu sama albo wracamy skądś, a potrzebuję czegoś pilnie, zabieram je, ale wolę nie.

DH: Tutaj zrobię, pozwolisz, taką stop-klatkę dla moich podopiecznych. Drogie Mamy, jeżeli w tym okresie przedświątecznym chciałybyście zrobić spokojne zakupy, to macie alternatywę zamówienia sobie produktów w danym sklepie przez internet. I one przy kasie będą na Was czekały. Mówię o tym dlatego, że coraz więcej sieci daje taką możliwość, żeby nawet w mniejszych miejscowościach odbierać sobie zakupy już spakowane. Tylko podjeżdżasz, zabierasz, płacisz.

KS: Super.

DH: Albo drugi pomysł na to, jak robić zakupy, to poprosić kogoś z domowników, z członków rodziny o pomoc, żeby te zakupy zrobić na spokojnie. Ponieważ my, kobiety, często mamy problem z proszeniem o pomoc i uważamy, że jesteśmy takimi silnymi bohaterkami. My damy radę z koszykiem pełnym zakupów i z dwójką dzieci – z jednym, które słabo chodzi, a drugim, które już właśnie chodzi, wszystkim się interesuje. Ja rekomenduję, żeby jednak poprosić z wyprzedzeniem kogoś, kto mógłby zostać z naszymi dziećmi. A przewidzieć na to jakieś dwie, trzy godziny, żeby można sobie było spokojnie te zakupy (z dojazdem, z powrotem, z wypakowaniem) ogarnąć, a nie ze stresem i potem na czole robić świąteczne przygotowania. Bo to nikomu nie służy. Ani Wam, Drogie Mamy, ani dzieciom tym bardziej.

KS: Świetny pomysł. Jak najbardziej. Na pewno na te dwie godziny ktoś się znajdzie. A słuchają nas fantastyczne mamy, które mają albo swoje mamy, albo teściowe, albo po prostu przyjaciółki. Bo nie wierzę w to, że fantastyczne mamy, nie mają przyjaciółek, które mogą rzeczywiście zostać przez te dwie godziny z dziećmi.

DH: No to jesteśmy już, Karolina, w sklepie. Dojechałyśmy. Oczywiście, Drogie Mamy, bierzemy wielorazowe reklamówki, nie zrywki.

KS: Bierzemy – przygotowujemy sobie kilka takich toreb, bardzo pojemnych. Najlepiej, żeby jeszcze miały uszy, które możemy sobie na ramię założyć, bo dźwiganie w ręce ciężarów nie dla nas zbyt zdrowe.

DH: Jasne. Jesteśmy już w sklepie. I co dalej?

KS: Polecam zakupy w niestandardowych godzinach i w niestandardowych dniach. Jeżeli możesz, zrób je wcześniej, nie na ostatnią chwilę. Czyli karpia nie kupujemy w Wigilię albo dzień przed Wigilią. I to się ma też do innych produktów. Ja, kiedy mam na przykład jakieś przyjęcie w weekend (czy to w piątek, czy w sobotę), lubię zakupy zrobić już w środę. Ewentualnie to, co chcę, żeby było bardzo, bardzo świeże, jak pieczywo, zostawiam na ostatnią chwilę. Ale resztę produktów kupuję naprawdę w środę. Lubię mieć ten spokój, że nie muszę tego robić na ostatnią chwilę. Polecam również zakupy późnym wieczorem. Po godzinie 20 w sklepach jest puściutko. Można spokojnie pooglądać, jak ktoś ma ochotę, i nie stoimy w kolejkach.

DH: To jest najważniejsze, że nie stoimy w kolejkach. Karolina, ja będę dociekliwa. Chcę być świadomą mamą, czuć się świadoma na zakupach. Wchodzę do sklepu, bombardują mnie reklamy w gazetkach sklepowych. Bombardują mnie reklamy w social mediach. Bombardują mnie reklamy w telewizji, różnych produktów, które mi się przydadzą. Ja jeszcze nie czuję, że ich potrzebuję, ale tutaj już mi marketing mówi, że ja jednak ich będę potrzebowała. No i wchodzę do takiego sklepu, mam listę. Idę przez regały, biorę to, co mi jest potrzebne. No ale widzę tutaj w promocji: „kup trzy opakowania brzoskwiń w puszce, czwarte dostaniesz gratis”. Ale ja do tortu brzoskwiniowego potrzebuję tylko dwóch. A za chwilę z boku bombardują mnie jakieś inne oferty świetnych herbat, które są świąteczne, korzenne, rozgrzewające i w ogóle jeszcze wzmacniają odporność. I ja już jestem prawie na wyciągnięcie ręki, blisko, żeby tę herbatę wziąć, chociaż mam zapasy na kilka miesięcy do przodu w domu. Co w takich sytuacjach?

KS: Myślę, że świadoma mama przede wszystkim trzyma się listy i zakupy robi z tak zwaną głową. Naprawdę nie musimy teraz robić zapasów, bo sklepy są bardzo dobrze zaopatrzone i sklepów jest mnóstwo. Więc nie róbmy zapasów, jeżeli chodzi o te kwestie ilościowe.

A jeżeli chodzi o jakościowe – bo myślę, że to też jest ważna kwestia i będziemy ją poruszać – to tutaj jest cały wachlarz do omówienia. Na pewno jest lista rzeczy, które są tak zwanym must have’m w każdym domu, i dobrze je mieć. Lubię, żeby one były u mnie w domu zawsze, bo kiedy nie mogę iść na zakupy, kiedy mi się śpieszy, kiedy na przykład złapie nas kwarantanna albo jakaś choroba i nie możemy wyjść z domu, to mając te produkty, jesteśmy w stanie wyżywić zdrowo naszą rodzinę. I na taką listę na pewno wrzuciłabym różne zdrowe produkty, takie jak fasola, groch, jakieś makarony (na pewno lepiej razowe niż zwykłe białe), kasze oczywiście. Tutaj możemy sobie kupić każdej kaszy po kilogramie, żeby mieć ten zapas. I z tego będziemy mieć później bardzo szeroki wachlarz do gotowania. Suche produkty mają bardzo długi termin ważności, więc świetnie się sprawdzą w naszej spiżarni.

W moim domu są też mrożonki. To też jest taki produkt podstawowy. I jest mrożonka wielowarzywna pięcioskładnikowa albo siedmioskładnikowa na zupę. I wtedy jest zupa w 15 minut. Oprócz tego jakieś mrożone owoce. Ja akurat mrożę owoce w sezonie, bo wtedy są najsmaczniejsze. Wtedy są pełne słońca. I one są u mnie w zamrażarce. Ale osoby, które tego nie robią, mogą śmiało kupić mrożone truskawki, jagody, poziomki w sklepie. Bo później można przygotować z tego świetny koktajl czy deser, czy ciasto. Super mieć takie owoce mrożone. A w lodówce może być jakiś zapas masła, bo masło ma długi termin ważności. Dobre oleje. No i sery.

DH: Dobre, czyli jakie? O jakich olejach myślisz?

KS: Przede wszystkim myślę o olejach nie w plastikowych opakowaniach, czyli o szkle. Jeżeli szkło – to lepiej, żeby było ciemne.

DH: Oliwa z oliwek?

KS: Jak najbardziej. Oliwa jako świetne źródło przede wszystkim omega-9. Oliwa z oliwek świetnie sprawdzi się przy duszeniu potraw i po prostu do jedzenia na zimno. Możemy ją spożywać zamiast masła – jak nam zabraknie masła czy jakiegoś innego smarowidła, to oliwa świetnie je zastąpi.

Do smażenia świetnie nada się – uwaga – smalec gęsi albo smalec wieprzowy. I on też ma bardzo długi termin ważności. Jeżeli nie robimy go same, to kupmy w sklepie i trzymajmy go w słoiku, nie w plastikowym opakowaniu. I miejmy zapas rzeczywiście, bo przyda nam się bardzo często.

DH: I teraz alternatywa dla wegan, to będzie oliwa z oliwek. Dobrze myślę?

KS: Na oliwie lepiej dusić, niż smażyć. Dla wegan najlepszy do smażenia według mojej wiedzy będzie olej kokosowy.

DH: Ok.

KS: Rzepakowy rektyfikowany przez niektórych jest nawet uważany za szkodliwy. Natomiast na pewno to nie jest jakiś fatalny produkt, jeżeli nie będzie w zbyt wysokiej temperaturze. A kokosowy nadaje się właśnie do smażenia w wysokich temperaturach.

DH: Super. Karolina, jeśli jeszcze mogłybyśmy wrócić do zakupu kasz, ryżu, takich suchych produktów, które są z bardzo długą datą ważności. Bardzo wiele osób kupuje pudełka, w których są już produkty poporcjowane w takie 100-gramowe foliowe opakowania. Ja osobiście kupuję produkty na kilogramy i sama sobie porcjuję kilogram ryżu, żeby nie gotować w tych plastikowych woreczkach. Chciałam zapytać: co Ty rekomendujesz jako ekspert?

KS: Świetnie, że tak robisz. Ja uważam, że ktoś, kto wymyślił ten produkt, to powinien iść do więzienia, naprawdę. Bo jest na to ponad 100 badań, że żywność pakowana w plastik nie jest tak zdrowa – żeby nie powiedzieć szkodliwa – jak ta pakowana na przykład w papier czy w szklane opakowania. Więc wiemy, że produkt suchy w plastiku nam szkodzi. A teraz jeszcze w tym plastiku go gotujemy. Nie dość, że ten plastik wnika do wody i tam uwalniają się substancje takie jak bisfenol A, to oprócz tego znawcy mówią, że najbardziej odżywione – jeżeli chodzi o minerały z kaszy i z ryżu – są nasze zlewy. Ponieważ minerały wnikają do wody, a my to wszystko wylewamy do zlewu. I mamy bardzo ubogi produkt, który jest taką paszą, takim zapychaczem. Nie dość, że z bisfenolem A, to jeszcze bez witamin i minerałów, tragedia.

Jest bardzo prosty sposób na to, by ugotować zdrową kaszę czy zdrowy ryż. Po prostu odmierzamy sobie 2:1 – czy ryż, czy kaszę, czy nawet jakieś inne suche produkty, jak na przykład soczewica czy ciecierzyca. I gotujemy to, aż wsiąknie cała woda, na malutkim ogniu. Ja kaszę po zagotowaniu tylko mieszam, odstawiam i ona sobie sama dochodzi. No i jeszcze cena. Jeżeli kupimy kilogram kaszy, to ona wyjdzie nam relatywnie taniej niż ta pakowana w te nieszczęsne woreczki 100-gramowe.

DH: Zdecydowanie tak. I jest dużo wydajniejsza.

KS: Tak, tak, tak. A plastik, opakowania plastikowe – to do więzienia. [śmiech]

DH: OK. Już troszkę weszłyśmy w kwestie jakości. Jesteśmy mamami. Idziemy na zakupy. Będziemy robić gołąbki, bigosy, makowce i przepyszne serniki, będziemy smażyć karpia. I teraz bardzo ważną kwestią jest to, co powiedziałaś o czytaniu składu na opakowaniach. Jak już jesteśmy w sklepie, bierzemy produkt, to jak świadoma mama powinna zrobić świadome zakupy? Co nie powinno absolutnie się na tym opakowaniu znaleźć?

KS: Oczywiście oprócz opakowania ważne jest też to, co jest na tym opakowaniu. Ja – w wielkim skrócie – unikam produktów, które mają konserwanty, sztuczne barwniki i na przykład takie dodatki jak mączka chleba świętojańskiego. I wszelkie uzdatniacze, no i glutaminian sodu.

DH: Czyli to są E? Dobrze nasi słuchacze mogliby to zinterpretować?

KS: Nie wszystkie E są szkodliwe. Według wiedzy spożywczej są również E obojętne dla naszego organizmu lub takie, które nie są jednoznacznie szkodliwe. Więc są 2 wyjścia. Albo unikamy wszystkiego, co ma E, albo sprawdzamy, czyli bawimy się w detektywa. Możemy zrobić to w sklepie, bo są przeróżne aplikacje, które nam w tym pomogą. Albo po prostu możemy się przygotować wcześniej.

DH: No tak, jeżeli znamy już jakieś produkty z naszych wcześniejszych zakupów, to jest nam zdecydowanie łatwiej. Jeżeli chcemy być świadomymi mamami, Drogie Panie, to każdy w telefonie ma Sklep Play czy inny sklep z aplikacjami, gdzie można bezpłatnie pobrać aplikację do zweryfikowania, czy ta żywność jest z Polski, czy ta żywność jest zdrowa, czy ona raczej ma konserwanty, ma te szkodliwe – jak to powiedziałaś – lub neutralne…

KS: Szkodliwe lub podejrzane. Te aplikacje są naprawdę świetne, bo no nie każdy musi skończyć biologię, chemię i znać się na tych wszystkich literkach, cyferkach. A aplikacja skanuje kod i wyskakuje nam komunikat, które elementy tego produktu są podejrzane. I podświetla się to na czerwono lub na żółto, lub na zielono. To jest po prostu naprawę bardzo prosta sprawa. Jeżeli coś się podświetla na czerwono, radzę dla dobra naszej całej rodziny, dla dobra naszych milusińskich odłożyć to z powrotem na półkę.

DH: Ja myślę, że warto też, robiąc zakupy, zwrócić uwagę na gramaturę pewnych towarów. Dlatego że wielokrotnie zwróciłam już zauważyłam, że w przepisie miałam na przykład 250 gramów czegoś.

KS: Na przykład masła.

DH: Właśnie o tym maśle chciałam powiedzieć. Jest ciężko, jak się zaburzy te proporcje do ciasta, bo później trzeba to jakoś rekompensować. Natomiast producenci zmieniają gramaturę. Wizualnie opakowanie jest takie samo, Drogie Panie, a nie zepnie nam się później przepis. Jeżeli jest on do bieżącej konsumpcji, to nie robi nam to większej różnicy. Ale jeśli przygotowujemy wigilijne potrawy – przepis to przepis i dobrze jest się trzymać tego, co tam jest napisane. Więc zwracajcie uwagę, jaka jest gramatura na opakowaniu, bo może być zmieniona. I później będzie problem. Mam pytanie z czatu: „Dziewczyny, polećcie jakąś aplikację do sprawdzania żywności”. Czy jesteś w stanie, Karolina, coś polecić?

KS: Nie.

DH: Dobrze. To w takim razie, żeby nie robić lokowania produktu, bo ja też tego unikam, bardzo proszę osoby, które są na czacie, nasze zaufane dziewczyny, które korzystają z takich aplikacji (a wiem, że korzystają), żeby wpisały tutaj w komentarzu nazwy dostępnych.

KS: Tak będzie najlepiej. Żeby było poprawnie politycznie, to ja nie będę polecać żadnej aplikacji.

DH: Właśnie dziękuję bardzo, że tak wybrnęłaś z tego pytania. Bo zawsze z moimi gośćmi umawiam się przed spotkaniem, że nie robimy lokowania produktu w trakcie spotkań, więc dziękuję uprzejmie.

KS: Super.

DH: Kochani, przypominam, że jeżeli chcecie zadać jakieś pytania, to śmiało pytajcie na czacie. Zostawiajcie też lajki, serduszka dla naszego eksperta w podziękowaniu za to, że jest z nami. Już wiemy, Karolina, na co zwracać szczególną uwagę. Natomiast są takie rzeczy, których na pewno nie powinnyśmy robić, będąc na zakupach czy przygotowując się do tych zakupów. Mogłabyś wymienić takie najbardziej znaczące, które później mają konsekwencje? My tego nie widzimy, nam się wydaje, że to są takie drobniutkie, nic nieznaczące niuanse. Ale w konsekwencji odbija się to na nas rykoszetem.

KS: Pierwsza sprawa – idźmy na zakupy z pełnymi brzuchami.

Czyli nigdy na głodniaka. Bo kupimy rzeczy niezdrowe dlatego, że jak jesteśmy głodne, nasz organizm woła o cukier przede wszystkim i o coś tłustego. Więc bądźmy na przykład po obiedzie albo po kolacji i idźmy na spokojnie na zakupy. Wtedy też zrobimy je spokojnie, bo nie będziemy się spieszyć, by wyjść i coś zjeść. To jest pierwsza sprawa. Jeżeli chodzi o mnie i do tego też gorąco Was zachęcam – omijajcie wielkim łukiem półki, z których nie chcecie nic kupić.

Często w marketach na samym początku są przekąski i słodycze. Jeżeli możecie, omińcie je od razu, bo będzie kusić. Ja nie jestem oczywiście fanką słodyczy, a słodyczy sklepowych to już w ogóle. To jest moja czarna lista, więc jak wchodzę do mojego ulubionego sklepu, to z zamkniętymi oczami mijam ten pierwszy regał i idę dalej.

Następna sprawa – omijajmy produkty, które możemy zrobić same przy niedużym nakładzie czasowym i przy zaangażowaniu.

Trzeba się będzie chwilkę zastanowić, czy jest nam na pewno potrzebny na przykład jakiś sok, czy nie dałybyśmy radę zrobić go same w domu. Jeżeli lubimy piec, to czy na pewno będzie nam potrzeby chleb (nie daj Boże, tostowy), czy może zrobimy go same. Jeżeli jesteśmy na stanowisku z wędlinami, zwróćmy uwagę na te produkty z dużym zaangażowaniem, dlatego że praktycznie wszystkie wędliny sklepowe mają mnóstwo konserwantów i mają substancję, która ma imitować wędzenie. I to jest bardzo niebezpieczny produkt, szczególnie dla dzieci. Nasi milusińscy nie powinni jeść w dużych ilościach, a najlepiej wcale, produktów wędzonych, czyli różnego rodzaju szynki, polędwicy wędzonej. No i kiełbasy. Tego możemy unikać. Pamiętajcie, że na święta, kiedy mamy więcej luzu, te wszystkie zimne przekąski, które później będziemy zjadać i na kolację, i na śniadanie, możemy upiec same. Więc zamiast jakiejś gotowej wędliny (typu na przykład jakaś łososiowa, jakaś polędwiczka) można po prostu kupić kawałek dobrego mięsa (czy to karczku, czy schabu) i upiec.

DH: Ja lubię bardzo robić mięso i marynować je. I mogę zdradzić, że najlepiej, jak to mięso jednak kilka dni jest w tej marynacie. Później jest takie miękkie i chrupkie, i naprawdę pyszne. I to, co kupujemy gotowe w sklepie, w żaden sposób nie może się z nim równać. Mogę podzielić się też historią, jak oduczyłam moje dzieci kupować te gotowe sosy do deserów. Parę razy zrobiłam im sos z czekolady. Gorzkiej lub mlecznej, tak żeby złamać im trochę ten smak. Niektóre koleżanki mówiły jeszcze, że dodają troszkę kakao, takiego dla dzieci. I powiem Wam, że dzisiaj moje dzieci mają siedem i dziewięć lat i one nawet jeżeli kupują lody gdzieś na wakacjach, to polewy nie.

KS: To już im te polewy po prostu nie smakują.

DH: Nie smakują im te polewy. Mówią: „Mamo, ile tam jest chemii”.

KS: No to super.

DH: Więc dzieci da się przyzwyczaić i pewne rzeczy przestają im smakować. Ta obawa, że dziecku coś nie będzie pasowało w tym naszym menu, jeśli będziemy coś zmieniały, jeśli będziemy robiły coś same, nie będziemy kupować gotowych produktów, jest taką naszą obawą – obawą mam. Myślę, że świadome tłumaczenie dzieciom i takie pokazywanie im różnych smaków, sprawia, że może nie za pierwszym razem, ale za drugim, za trzecim, dziecko też z przyjemnością skosztuje. I to jest, moim zdaniem, rola świadomej mamy, żeby te kubki smakowe u dzieci rozwijać i umożliwiać próbowanie wielu potraw. A nie tylko zamykanie się w pomidorowej i w rosole. Bo mam takie znajome, które dziecko karmią pomidorową i rosołem, bo dziecko to najbardziej lubi. A może zjadłoby brokułową. Ale mama zakłada z góry, że dziecko czegoś nie lubi, chociaż jeszcze tego nie próbowało.

KS: No to decydujemy za dziecko w tym momencie, prawda?

DH: Także dajmy szansę naszym pociechom.

KS: Oczywiście. Pierwsze stanowisko, które omijam, to stanowisko ze słodyczami. Drugie stanowisko, które omijam, to stanowisko z wędlinami. Nie ma, po prostu nie ma wędlin. Wprowadziłam totalny zakaz. Jeżeli w domu chcą zjeść mięso, to przeważnie mój mąż marynuje i piecze. Teraz będą te głosy „A kiedy my mamy na to czas”. Zamarynowanie mięsa to jest pięć minut, osiem minut. A ile trwa włożenie do piekarnika? Minutę?

DH: Pieczesz w rękawie czy w żaroodpornym naczyniu?

KS: Rękaw to jednak plastik. Wolę nie. Wcześniej jak byłam mamą mniej świadomą, to piekłam w rękawie. Ale teraz robię to albo w garnku rzymskim, albo w żaroodpornym. Można nawet to zrobić po prostu na zwykłej blaszce, jak najbardziej. Można, Dziewczyny, upiec więcej, nawet 2 kilogramy niech to będą. I po prostu poporcjować i zamrozić. I wyciągnąć co piąty, co siódmy dzień, żeby ta więdlina była świeża. Wędlina, którą zrobimy same nie będzie miała żadnych konserwantów, więc szybciej się zepsuje niż ta zapakowana w jakąś folię, uwędzona. To pamiętajcie o tym. Ale wiem, co jem – po prostu. I wiem, co daję moim dzieciakom. Nie wierzę w to, że dziecko nie zje pysznego, soczystego plasterka karczku czy schabu na kanapce, tylko będzie chciało mielonkę. No nie wierzę w to po prostu.

DH: Mówiłaś wcześniej, że przygotowujesz sobie desery. Nie kupujesz rzeczy, które możesz sama przygotować. Wymieniłaś soki, wymieniłaś mięso, słodycze. Co jeszcze? Jakieś jogurty, owocowe na przykład, też robisz sama?

KS: Tak, oczywiście. Oprócz tego, że robię zakupy w sklepie, to są też produkty, które mogę nabyć z tak zwanych alternatywnych źródeł. I stamtąd właśnie je nabywam droga kupna. [śmiech]

DH: Żeby było jasne. [śmiech]

KS: Proszę?

DH: Żeby było jasne – drogą kupna.

KS: Drogą kupna nabywam właśnie te produkty. I to wcale nie jest takie trudne. Nawet tutaj w naszej najbliższej okolicy – a mieszkamy w Małopolsce, w Cabanowie – namierzyłam dwa gospodarstwa rolne, gdzie kupuję mleko od szczęśliwych krów, które cały rok jedzą trawę i opalają się na słońcu.

DH: Wow.

KS: Kupuję mleko i z tego mleka robię zsiadłe mleko lub jogurt naturalny. I moje dziewczyny na śniadanie często gęsto piją po prostu koktajl zrobiony ze zsiadłego mleka z dodatkiem miodu i owoców mrożonych. Lub na obiad piją zsiadłe mleko jako dodatek do ziemniaków z sadzonym jajkiem. Do pierogów bardzo też lubią. A czasami po prostu proszą: „Mamo, nalej nam tej maślanki”. Tak na to mówią. Więc mleko od gospodarza, mleko kozie od gospodarza, jajka. Dziewczyny, jest mnóstwo osób, które w Waszej okolicy mają kury i które chętnie odsprzedadzą Wam jajka. To są jajka zupełnie inne niż jajka w sklepie, to są kury żywione zupełnie inaczej niż te hodowane w klatkach. I emocje zwierząt mają znaczenie. Jeżeli kura jest szczęśliwa, to jajko będzie smaczniejsze, bo nie będzie miało stresu.

DH: Ja na przykład zbieram chleb, który gdzieś tam został, a nie wykorzystuję go na bułkę tartą, nie jest mi potrzebny. I zbieram również skorupki z jajek. I właśnie takiej zaprzyjaźnionej gospodyni zanoszę, a w ramach tego otrzymuję od niej świeże jajka.

KS: Ale super.

DH: To jest też fajne, że te osoby chętnie przyjmą od Was ususzony chleb czy właśnie skorupki jajek.

KS: Nawet resztki jedzenia. Kurki chętnie zjedzą ugotowane skórki z ziemniaków. Jak na przykład robicie sałatkę ziemniaczaną, to zostają Wam skórki z marchewki, z selera i tak dalej. Też kurki to zjedzą. Zjedzą również przeterminowaną żywność, na przykład twaróg.

DH: O, proszę. Więc warto rozglądnąć się w okolicy za takimi gospodarzami, którzy mają swoje prywatne hodowle. Zwierzęta tam – tak jak powiedziałaś – żyją bez stresu i mają dostęp do świeżej trawy, do słońca, nie są zamknięte.

KS: Jak najbardziej. Można poszukać produktów. Wymaga to oczywiście trochę wysiłku, ale popytajcie znajomych, bo oprócz nabiału (czy krowiego, czy koziego, czy owczego) można również od takich gospodarzy kupić mięso. Kto raz spróbuje rosołu z takiego wiejskiego mięsa albo gulaszu, ten się trzy razy zastanowi, zanim kupi mięso w markecie. Naprawdę to jest zupełnie inny zapach – to mięso po prostu nie śmierdzi, tylko pachnie. I to jest zupełnie inny smak.

DH: Niektórzy będą tutaj mieli argument, że to na pewno jest drogie.

KS: Wcale nie. Oczywiście w sklepach ekologicznych, gdzie wszystko jest certyfikowane – a nabycie tego certyfikatu kosztuje – na pewno będzie drożej o 100, 200, a nawet 500%. Ale u gospodarza wcale nie – to praktycznie jest taka sama cena jak w sklepie. Może 10–20% drożej. Mówię to z pełną odpowiedzialnością.

DH: Ale też pamiętajmy o tym, że wspieramy małych lokalnych przedsiębiorców lub małe gospodarstwa przydomowe. Warto mieć to na uwadze. Bo i tak byśmy te zakupy zrobili, i tak byśmy te pieniądze wydali na dany produkt. Więc lepiej na wysokowartościowe produkty, lepszej jakości i w dobrej cenie niż przetworzone z marketu w promocji.

KS: Tak. Jeśli mamy nabiał, to możemy z niego zrobić jogurt, możemy zrobić desery super. Nawet jeżeli ugotujesz budyń na mleku wiejskim, to na pewno będzie zdecydowanie lepszy niż ten na mleku z kartonu. Pamiętajcie, że w kartonach jest mleko, które zostało potraktowane wysoką temperaturą, więc tam nie ma witamin. To jest pierwsza sprawa. A druga – opakowania kartonowe wyłożone są folią aluminiową. To również szkodzi. To się wydziela. A jeśli kupujemy u gospodarza, to możemy mleko wlać do szklanej butelki, możemy również do banieczki emaliowanej, która ma neutralny wpływ na produkty znajdujące się w środku niej. Zachęcam też gorąco do samodzielnego pieczenia chleba.

DH: Czekałam na ten moment. Z niecierpliwością czekałam na to, kiedy poruszymy kwestie chleba. Ponieważ w naszej grupie Sama Mama – kto nie był, to zapraszam serdecznie – gdzie możecie wymieniać się doświadczeniami, mieliśmy taką akcję, że dziewczyny pokazywały swoje wypieki chleba, apetyczne, piękne, i sama się zaangażowałam, i zaraziłam się tą pasją pieczenia chleba. Czy masz jakiś sposób, przepis, z czego najlepszy chleb możemy upiec? A czego nie dodajemy do chleba?

KS: To ja tak o chlebie w telegraficznym skrócie. Jeżeli nie mamy ochoty lub czasu, by upiec chleb, albo obawiamy się samodzielnego pieczenia, poszukajmy dobrej piekarni. Jeżeli już znajdziemy tę dobrą piekarnię, szukajmy zbóż alternatywnych dla pszenicy. Pszenica jest zbożem, które najmniej nam służy. Lepiej byłoby sięgnąć po żyto, po orkisz, po samopszę, po krzycę. Czyli pszenica naprawdę na samym końcu. Następna sprawa – lepszym wyborem będzie chleb na zakwasie niż na drożdżach, bo zakwas to naturalne dzikie drożdże, które bardzo dobrze wpływają na nasze jelita, na nasz układ trawienny. Drożdże robią tam trochę taką rewolucję i nie są zbyt dobrze tolerowane przez nasz organizm.

Ale jeżeli nie znajdziemy tej dobrej piekarni, no to zachęcam gorąco osoby, które mają czas, żeby upiekły same. To jest wielka radość. I to jest tylko 15 minut pracy. Naprawdę niedużo.

DH: Ja myślę, że takie mamy, które są zabiegane – pracują, dzieci, dom, przygotowania świąteczne – teraz słuchają i mówią tak: „Boże, zrób sama chleb, zrób sama mięso, zrób sama sok, zagospodaruj sobie jeszcze szafki, weź przegląd zrób zamrażalnika. Chryste Panie, to te kobiety albo mają urlop przed świętami, albo trzy osoby do pomocy”.

KS: Wydaje mi się, że trzeba tu zastosować zasadę: nie wszystko naraz, tylko małymi krokami. Możemy sobie zorganizować, że na przykład grudzień będzie miesiącem dobrej zmiany w nabiale. I skupmy się tylko na tych produktach nabiałowych, żeby tutaj podwyższyć poziom jakości spożywanych produktów. Jak rzeczywiście rzucimy się na wszystko naraz i zmienimy całkowicie nasz sposób żywienia, to będziemy bardzo szybko tym zmęczone. Powoli, naprawdę powoli. Dajmy sobie na wszystko czas. Jeżeli na przykład chleb nam nie wyjdzie, to naprawdę nic się nie stało. Mnie wyszedł chyba szósty, jeżeli dobrze pamiętam. A do wprawy, że robię go bez omierzania produktów, to doszłam dopiero po pięciu latach. Wcześniej naprawdę ważyłam co do grama. I wydawało mi się, że będzie tak super, a wcale nie było. Więc powoli. Jeżeli pieczmy chleb dla całej naszej rodziny, powiedzmy dwa plus dwa, to wystarczy upiec jeden duży bochenek na tydzień, powinno wystarczyć. Ewentualnie można mieć dwie brytfanki i za jednym zamachem wsadzić je do piekarnika. Więc wyobraźcie sobie, że poświęcacie 15 minut raz w tygodniu. To chyba nie jest dużo, a satysfakcja –ogromna. Raz, że wiemy, co jemy, wiemy, co dajemy naszym dzieciom. A przecudowny zapach w domu – bezcenny.

DH: Moje dzieci opowiadają o tym, że mama robi w domu bułki i one są takie świeże. Kiedyś byłam właśnie zapytana o przepis, bo córka opowiadała w towarzystwie, że mama takie pyszne bułki piecze. Więc nawet nie wiemy, że nasze dzieci z takim sentymentem mówią o tym, jakie rzeczy w domu spożywają. I porównują to do tego, co mają gotowe, kupione, przetworzone. I też wybierają świadomie, mimo tego, że są małe. A mamy dzieci w porównywalnym wieku.

KS: Tak, w porównywalnym wieku.

DH: Więc mają też na pewno zachcianki na różne smakołyki i tak dalej, ale cenią sobie te wartościowe produkty. Dobrze, Moja Droga, przeszłyśmy tak naprawdę przez większość produktów spożywczych. Została nam jeszcze kwestia związana z takimi bieżącymi, świadomymi wyborami. Gdybyś była uprzejma już w ramach takiego podsumowania naszego spotkania, które będzie za chwilę dobiegało końca, powiedzieć o tych świadomych zakupach, na które my, mamy, powinnyśmy się przerzucić.

KS: Wiemy już, co trzeba zrobić przed zakupami. Omówiłyśmy to sobie. Mamy już listę, nie jesteśmy głodne. Wiemy, co chcemy ugotować w najbliższym tygodniu. Pamiętajmy: planujmy to sobie. Jeżeli nie mamy czasu, to planujmy dania jednogarnkowe, idźmy w zupy, idźmy w kaszotta, w risotta, w gulasze, czyli w rzeczy, które będzie bardzo łatwo odgrzać. Ja cenię sobie ogromnie ten komfort, że wychodzę z pracy, zabieram dziewczyny, wchodzimy do domu i za 5 minut jemy zupę. Nie bawię się w obieranie ziemniaków, krojenie ogórków na mizerię, klepanie kotletów, robienie sosów, tylko po prostu idę się przebrać w dres, a w tym czasie na piecu grzeje mi się zupa, którą gotowałam dzień lub dwa dni wcześniej. Genialne. I to samo tyczy się dań jednogarnkowych, jak na przykład gulasze różnego rodzaju, mięsne czy warzywne – to też wystarczy tylko odgrzać. To będzie bardzo wartościowy produkt. Polecam zapracowanym mamom, apeluję gorąco: róbmy dania jednogarnkowe, najlepiej co dwa dni.

Przyznaję, że nie lubię jeść trzy dni tego samego, bo już mam taki przesyt. Więc jak na trzeci dzień mi zostanie, to albo wkładam do zamrażarki, albo gorące wlewam do wyparzonego słoika (złapie mi pokrywka – tak jakby minipasteryzacja), wsadzam do lodówki i mogę zjeść jeszcze za tydzień.

Więc mamy menu, mamy listę pod to menu, które chcemy zrobić w danym tygodniu. Fajnie też w każdym tygodniu spróbować czegoś nowego, wypróbować jakiś nowy przepis. Blogi internetowe szleją. Aplikacje z przepisami – żaden problem. Książki kucharskie. Mnóstwo wszędzie tego jest. Coś sobie wybierzmy nowego, jakiś nowy smak. Może coś z kuchni wschodniej, może coś z Francji, z Włoch. Spróbujmy czegoś nowego i pokażmy naszym dzieciakom nowe smaki.

DH: Świetny pomysł.

KS: Przyznam szczerze, że nie jadłam nigdy boczniaków. I planuję jutro kupić i zrobić coś z boczniaków, bo to jest po prostu skandal. [śmiech]

DH: Karolina, pięć złotych rad, takich najważniejszych informacji na podsumowanie, które nasze mamy w formie takiego apelu od Ciebie powinny usłyszeć.

KS: Super, dobra.

  1. Omijamy półki ze słodyczami.
  2. Szukamy produktów spożywczych w szkle lub w papierze. Jeżeli nie ma, niech to będzie puszka. Plastik na końcu.
  3. Nie robimy dużych zapasów.
  4. Miejmy zawsze dyżurne produkty. Jeżeli brakuje – uzupełniamy, bo one zawsze się przydadzą. Każdy powinien stworzyć sobie listę swoich tych dyżurnych produktów. I na bieżąco je uzupełniać. Dla przykładu ja mam taką listę: cebula, marchew, kasza jęczmienna, ser twardy, taki dojrzewający (typu parmezan lub pecorino albo z Polskich na przykład bursztyn). Kiedy jest pusto, zawsze mogę z tego zrobić jakieś danie. Więc to jest po prostu mój must have. Aha! I u mnie muszą być zawsze słoiki z ciecierzycą i z soczewicą, i z fasolą. Dlatego że to jest świetny patent na robienie przeróżnych past na śniadanie i na kolację.

DH: Jadłam taką pastę, którą Karolina mnie poczęstowała na jednym ze spotkań i powiem Wam, że zakochałam się.

KS: Zakochałaś się w pastach. No to świetnie. Pasty robi się naprawdę w pięć minut. I to jest świeże, to jest smaczne, ma mnóstwo mikroelementów, ma błonnik. I to jest mega alternatywa dla wędlin i serów, których ja osobiście już dawno mam przesyt. Zostały nam jeszcze jakieś punkty? Jeszcze coś tam mogę dorzucić?

DH: Możesz dorzucić, jak najbardziej. Nie musimy się ograniczać.

KS: Jeżeli nie znamy jakiegoś konserwantu, który jest na opakowaniu, to nie kupujemy tego produktu.

I na podsumowanie taka ostania rzecz: jeżeli masz w ręce jakiś produkt, przemyśl, czy nie możesz go zrobić sama. Czy na pewno on Ci jest potrzebny? Przykładem tutaj mogą być te nieszczęsne wędliny, których się tak uczepiłam, albo na przykład gotowe pasty jajeczne czy sałatki śledziowe, do których są dodawane przeróżne dziwne dodatki. A bardzo łatwo można je zrobić samemu w domu. Albo na przykład uwielbiane przez dzieciaki, reklamowane w telewizji, przeróżne desery i serki. Zwróćcie uwagę, co tam jest dodawane i jak dużo tam jest cukru. Robiąc taki deser w domu, kontrolujemy ilość dodawanego produktu słodkiego. Możemy zamiast cukru dodać miodu albo dodać słodkich owoców, daktyli, banana. Spróbujcie na przykład zmiksować biały twaróg z odrobiną śmietanki i bananem. Na pewno dzieciakom będzie smakować, a macie pewność, że tam nie ma żadnych konserwantów.

DH: Jeśli chodzi o miód, słyszałam, że nie wolno dodawać miodu do gorącej herbaty czy do gorących produktów.

KS: Tak, masz rację. Miód traci wartości odżywcze – to wszystko, co wspaniałe w miodzie, te wszystkie mikroelementy, witaminy – w temperaturze powyżej 45 stopni, więc ostudźmy wodę czy napar z ziół, czy zwykłą herbatę do tej temperatury. Bo jeżeli będzie wyższa, to po prostu będzie już tylko zwykły cukier.

DH: To jest ważne, bo wiele osób w tym okresie jesienno-zimowym lubi się rozgrzać herbatą z cytryną i właśnie miodem.

KS: Miodu, Drogie Mamy, nie kupujemy w marketach.

DH: To też jest bardzo ważne.

KS: Zwróćcie uwagę, że na opakowaniach jest napisane, że jest to miód spoza Unii Europejskiej. Miód kupujemy z pewnego źródła, od pszczelarza zaprzyjaźnionego lub poleconego przez kogoś. Miód ma pięknie pachnieć kwiatami i woskiem. I ma się scukrzyć. Z tym płynnym w sklepie na pewno jest coś nie tak.

DH: Pani Ania napisała nam na czacie, że przepis od Karoliny na smalec z fasoli – rewelacja. Także poprosimy link do tego przepisu, bo wiem, że Twoja strona już zaczęła działać. Gdybyś mogła powiedzieć naszym słuchaczkom, gdzie Cię można znaleźć w sieci, to będzie nam na pewno bardzo miło. Ten link również wrzucimy pod nagraniem.

KS: Na razie sobie skromnie działam na Facebooku pod nazwą Ku Zdrowiu Karolina Skraburska. Godzę to z pracą na etacie, więc powoli, powoli, ale się rozkręcam.

DH: Na czacie Asia napisała o syropie klonowym. Rozumiem, że to jest alternatywa miodu, uzupełnienie słodkich przekąsek.

KS: Syrop klonowy jest produktem naturalnym, zdecydowanie lepiej przyswajalnym przez nasz organizm niż zwykły biały cukier, który jest po prostu sacharozą. To jest produkt z buraków i nasz organizm źle sobie z nim radzi. Więc lepiej syrop klonowy niż biały rektyfikowany cukier, na sto procent. Natomiast pamiętajcie, że to jest węglowodan i w nadmiarze również szkodzi. Uważajmy na niego. Osobiście jestem fanką produktów, które mamy w okolicy. W naszym menu 70–80% produktów powinny stanowić te, które były wyprodukowane do 100 km od naszego miejsca urodzenia, zamieszkania. Syrop klonowy pochodzi z Kanady. Jeżeli zjemy go odrobinę raz w tygodniu, nic nam się nie stanie. Natomiast wolałabym, żeby to był miód, zdecydowanie miód, tutaj od nas z Małopolski czy z gór, blisko.

DH: Od lokalnego pszczelarza.

KS: Spadziowy – fantastyczny, najwspanialszy ze wszystkich miodów. Pamiętajcie, że jak słodzicie miodem, to nie pięć razy dziennie po dwie łyżeczki. Nawet miód w nadmiarze będzie nam szkodził.

DH: Wszystko w nadmiarze szkodzi. Karolina, na koniec mam do Ciebie pytanie od małej świadomej konsumentki, która uwielbia Nutellę, taką kupioną w sklepie w słoiku. Teraz nie ma jej na czacie, ponieważ to jest godzina, kiedy ona śpi. Co byś poradziła mamom, które mają w domu małe dzieci, które lubią słodkie, lubią ten krem do smarowania. Powiedziałam tutaj nazwę produktu, natomiast każdy z nas zna masło czekoladowe, masło orzechowe, coś do smarowania kanapki.

KS: Krem czekoladowy.

DH: To powiedz, co można alternatywnie dziecku zaproponować, żeby czuło tę słodycz, ale nie było to aż tak kaloryczne, z taką ilością cukru, no i tez chemii.

KS: Super, że zaczepiłaś o temat tego nieszczęsnego kremu czekoladowego, legendarnego. Słuchajcie, w tym produkcie jest mleko w proszku, które jest uważane za bardzo silny alergen. Jest również syrop glukozowo-fruktozowy, który jest podejrzewany między innymi o różnego rodzaju nietolerancje pokarmowe, jak również cukrzycę – epidemię cukrzycy XXI wieku. Więc nie polecam.

Jak zrobić samemu? Tylko uwaga, nie uczmy nasze dzieci, że to jest jedyne śniadanie, jakie mamy im do zaproponowania. Niech to będzie dwa razy w tygodniu. Niech to będzie kanapka weekendowa albo na przykład na drugie śniadanie. Musi być różnorodność w ich menu. A teraz – jak zrobić. Orzechy najlepiej wyłuskane tuż przed użyciem, ponieważ orzechy się utleniają, bo tam są tłuszcze. Więc łuskamy orzechy. Mogą być włoskie, mogą być laskowe, mogą być nerkowca albo arachidowe w ostateczności też. Do tego dodajemy dobrej jakości tłuszcz – na przykład olej nierektyfikowany kokosowy albo olej rzepakowy na zimno tłoczony, ewentualnie z pestek winogron. Czyli trochę oleju, trochę prawdziwego kakao (nie tego rozpuszczalnego, które się dodaje do mleka, tylko zwykłego – tego, którego używamy do robienia ciasta.) i miód. I miksujemy to blenderem na wysokich obrotach do uzyskania gładkiej konsystencji. Proporcje mogę zostawić w linku. Robię to już tyle razy, że po prostu nie pamiętam. Widzę, czy jest ok.

Wychodzi pyszny, naprawdę. Dzieciaki go uwielbiają. Prawdziwy czekoladowy krem bez żadnej chemii, zrobiony własnymi rękoma. Więc będzie na pewno lepiej smakować niż gotowy krem ze sklepu – strzeżmy się go. [śmiech]

DH: Jasne. Na koniec kładziemy mocny akcent na samodzielne robienie produktów nawet na drugie śniadanie.

KS: Co możemy, róbmy sami. Wymieniajmy się też produktami. Przecież możemy się umówić z mamami na przeróżnych grupach, portalach, że ja zrobię 30 dżemów z czarnej porzeczki, a Ty zrobisz trochę tego kremu, a ktoś jeszcze może na przykład zrobić jakiś ser i tak dalej. Można się tym wymieniać.

DH: Tak. Ja w ogóle widzę coraz częściej, że mamy wymieniają się doświadczeniami, otwierają się, tak jak nasze babki, prababki, które spotykały się i w ramach takich ludowych spotkań wymieniały się przepisami – miały swoje księgi przepisów, które były przekazywane w domu. I powiem Ci, że widzę, że to zaczyna wracać, że kobiety tworzą sobie takie swoje zeszyty z przepisami ulubionymi. Ja się cieszę ogromnie, że są różne fora, są grupy na Facebooku, gdzie można takimi pomysłami się powymieniać. I jeżeli byście, Dziewczyny, chciały, żeby właśnie w Samej Mamie taki obszar na naszej grupie na Facebooku się pojawił, to myślę, że znajdziemy na to przestrzeń. Chętnie weźmiemy w takiej akcji udział.

Karolina była naszym gościem po raz pierwszy. Natomiast zainspirowała mnie i była jedną z osób, która wpłynęła na to, że podjęłam decyzję, że w Samej Mamie znajdzie się przestrzeń na poświęcanie uwagi zdrowiu, zdrowemu odżywianiu, walce z otyłością. Karolina jest też autorem artykułów na naszym portalu. Także zachęcam Was do tego, żebyście zaglądnęły na sama-mama.pl. Tam te artykuły są do przeczytania. Też podlinkowałyśmy je na Facebooku. Więc osoby, które są na Facebooku, mogę sobie troszkę zescrollować i na pewno znajdą do nich linki. To jest taki początek naszej bardzo owocnej, długoterminowej współpracy, ponieważ zależy nam na tym, żeby mamy były świadome – świadome siebie, świadome swojego zdrowia i zdrowia swoich rodzin – i żebyśmy jak najzdrowiej jadły, i żebyśmy się wymieniały poglądami.

Czytam komentarz. Na ten moment Ania napisała: „Kochane, najzdrowiej jedliśmy w czasach…”.

KS: Tak, „w czasach kryzysu”.

DH: „Nasze mamy wymieniały się w kolejkach w sklepie”. No właśnie i to było też to budowanie więzi społecznych.

KS: Tak, ale jaka kreatywność wtedy się budziła w gospodyniach. Było tak mało produktów i wymieniały się. Te legendarne przepisy – na przykład wuzetka. Nic nie było, ale jakoś tam kakao, jakaś tam śmietana i powstawało wspaniałe ciasto. Przeróżne kluski, nadziewane czym popadnie.

DH: Robienie produktów w domu to fantastyczna tradycja, którą warto kultywować. Warto też uczyć nasze dzieci, żeby były świadomymi konsumentami. Bo pamiętajcie, że dzieci uczą się od nas nie przez to, co my mówimy, tylko przez to, co my robimy, i one nas naśladują.

KS: Odwzorowywanie.

DH: Dokładnie. Warto się nad tym zastanowić i wygospodarować sobie tych kilka minut w ciągu dnia, przygotować listę zakupów, zrobić przegląd szafek czy lodówki. Aby robić fajne zakupy, świadome, nie zapasy. Teraz szczególnie przed świętami widać, jak ludzie wychodzą ze sklepów z koszykami, jakby się szykowali na atak wojsk.

KS: Słuchajcie, jeszcze tak podsumowując: cztery kilogramy tygodniowo każda polska rodzina średnio wyrzuca do kosza. Jest to o tyle dla mnie osobiście przykre, że my wyrzucamy żywność, która nadaje się do zjedzenia. To nie są produkty przeterminowane, tylko po prostu nie zjedzone. Bo jakieś resztki zostają i nie wiadomo, co z tym zrobić. A w krajach rozwijających się ludzie głodują, więc choćby z szacunków do darów matki natury i żeby połączyć się z tymi, którzy naprawdę nie mają co jeść, powinniśmy tę żywność szanować. I to poszanowanie żywności zaczyna się właśnie już na zakupach i zaczyna się u tego sąsiada rolnika, który w ten produkt, który możemy u niego nabyć, wkłada serce i swoją ciężką pracę.

DH: Tak, pięknymi słowami, Karolina, zakończyłaś nasze spotkanie. Bardzo serdecznie dziękuję Ci za dziś.

KS: Ja również. Było mi bardzo miło i bardzo się cieszę, że mnie w ogóle zaprosiłaś. To super, super dla mnie – nowe przeżycie i bardzo pozytywne, dzięki.

DH: Bardzo serdecznie dziękuję Wam za uwagę. Życzę Wszystkim spokojnego wieczoru. Moje Drogie, żyjmy zdrowo i świadomie.

KS: Dużo zdrowia i spokoju.

DH: I wszystkiego dobrego. Do zobaczenia!

Transkrypcja i korekta – Anna Mudryk (anna.mudryk@gmail.com)