We własnej osobie – dalsza część rozmowy Anny Wieczorek z Elizabeth Maziakowską

AW: Rok 2019 był przełomowym i trudnym okresem w Twoim życiu. Śmierć teściów, odejście z pracy, choroba, problemy z samooceną i załamanie męża. Poczucie bycia samotną i zmęczoną dniem codziennym. W tym czasie odcięłaś się od mediów społecznościowych i powstała Twoja książka. Czy to była forma terapii? Ile trwał detoks od mediów społecznościowych?

EM: Teściowie zmarli wiosną 2019 roku, książkę zaczęłam pisać jesienią, a z mediów odeszłam z końcem września. Początkowo wszystko jeszcze było w miarę normalnie, ale pojawiły się problemy z pracą. Potem brak pracy i mnóstwo zawirowań na tej drodze. Jako kobieta ogarniam mnóstwo spraw. Jestem jedynym kierowcą w domu, zajmuję się realizacją rachunków na czas, mam do ogarnięcia zebrania, urzędy itp. Co w sytuacji, kiedy ja trafiam do szpitala? Nikt mi nie przywiezie nawet majtek na zmianę, skoro tylko ja jeżdżę. Zaczęłam rozumieć teściową po amputacji nogi.

Ona się z tym nie pogodziła i w końcu zmarła. Nie mogła dopuścić do siebie tej myśli, że będzie zależna od kogoś – i to od kogo? Schorowanego teścia i dzieci, które jeżdżą do pracy? Mnóstwo tego się skumulowało i pokazało prawdziwy obraz rzeczywistości.

Detoks od mediów społecznościowych trwał 8 miesięcy. Miałam czas na czytanie, zbieranie informacji, szkicowanie i szukanie kontaktu, gdy wydam książkę. Ale kiedy to się już stało, kiedy książka trafiła na mój stół i przygotowywałam zamówienia, nie czułam kompletnie nic. Ludzie mi gratulowali i chcieli więcej, a ja nie czułam zupełnie nic: ani dumy, ani radości, ani sensu tego wszystkiego. Jedyna nagroda to opinie od czytelników.  

W moim domu rozgrywało się piekło samotności, gróźb; w międzyczasie przeszłam zabieg odbudowy kości, chodziłam spuchnięta jak bulwa. Nie mogłam wychodzić, żeby mnie nie przewiało. Na zabieg jechałam sama i sama wróciłam. Żyć pod jednym dachem w czasie kryzysu, w spięciu, na kilkunastu metrach kwadratowych, jest bardzo trudno. 

W międzyczasie rozstałaś się z mężem… Coś wtedy powstało, coś się zmieniło? Ty się zmieniłaś?

Zaczęłam zastanawiać się, kim jestem dla drugiego człowieka i jakie są jego intencje wobec mnie. Szczere? Nieszczere?

Czy jest dobrze tylko wtedy, kiedy zapieprzam i robię tak, jak ktoś chce, czy liczą się moje pasje?

Czy ja w ogóle mogę gdzieś wyjść i porozmawiać z koleżanką stacjonarnie, a nie tylko przez telefon?

Czy jestem więźniem we własnym domu, czy mam prawo odwiedzić mamę, przenocować u niej na weekend i spędzić babski wieczór?

Prawo niby mam, ale ile wyrzutów w tym wszystkim bywało? Rzuciłam to w diabły, tę całą relację, moje poświęcenie, i byłam gotowa odejść. Rozwód nie jest mi do niczego potrzebny, nie związałabym się z innym mężczyzną, wolałabym być sama.

Nie mam ochoty włóczyć się po prawnikach i sądach, wszystko bym oddała, byleby mieć spokój od niesłusznych oskarżeń i wszystkich spięć spowodowanych brakiem komunikacji. 

Co było dla was najtrudniejsze, gdy nadszedł kryzys?  

Najtrudniejsze jest to, kiedy nie masz dokąd pójść. Polskie prawo ma gdzieś, czy ty masz lokum czy nie masz. To jest ta rzeczywistość. Teraz już jestem spokojna. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest mieszkanie pod jednym dachem, bo nie miałam możliwości ani finansowych, ani innych, żeby się gdzieś wynieść i mieć odrobinę spokoju.

Bardzo trudne jest słuchanie pań ekspertek w postaci psychologów, które również odbierają cię tak, jak cię odbierają: czyli wyrodną matkę, widzącą wyłącznie czubek swojego nosa, dbającą tylko o swoje interesy. Nigdy więcej nie ulegnę żadnej takiej sesji, chyba, że sama sobie wybiorę specjalistę. Na jednej takiej sesji pani psycholog złamała wszelkie zasady oceny moralnej, wyszłam wściekła. Całkiem inaczej przebiegła rozmowa ze szkolną pedagog, która mnie zrozumiała i spokojnie wytłumaczyła, co możemy zrobić wspólnie, żeby było dobrze. 

Napisałaś świetny artykuł: Manipulacja w relacjach damsko-męskich. Kobiety kochają uszami dla Przejrzyj na oczy. To bardzo osobisty artykuł. Czy pisałaś w nim o swoich przeżyciach? Doświadczyłaś relacji z manipulatorem? Co ona zmieniła w Tobie? 

Wszyscy jesteśmy manipulatorami, ale nie wszyscy mamy skłonność do przedmiotowego traktowania innych. To świetny temat, który badam od kilku lat. Sama stosuję manipulację, tylko mam przy tym tak specyficzne poczucie humoru. Nawet moja najlepsza przyjaciółka nie potrafi rozróżnić, kiedy mówię poważnie, a kiedy urządzam sobie kpiny.

Zainteresowałam się tematem na tyle, że nawet wykorzystałam wiedzę i praktykę na temat programowania neurolingwistycznego. Efekty chcę opisać w trzeciej książce. Doświadczyłam relacji z manipulatorem. Manipulacja odbyła się poprzez słuch i treść pisaną, nawet z mężem o tym dyskutowaliśmy i śledziliśmy każdą z tych wiadomości. Musiałam wszystko przeanalizować i niesamowite jest, jak ludzie we wszystko potrafią uwierzyć, a reputacja dodaje w tym wszystkim siły. Oczywiście pozytywna reputacja.

Czy żałujesz tej relacji, czy postrzegasz ją jako jedną z lekcji, jakie dało Ci życie?

Powiem jak Edith Piaf: niczego nie żałuję. Z jednej strony świetnie się bawiłam, z drugiej minęło parę tygodni zanim zorientowałam się o co chodziło. Najpierw byłam chwalona i zachęcona, motywowana. Manipulator wybrał źle mój zasób, nie trafił, a szkoda, bo liczyłam na większy profesjonalizm. Teraz bawi się z nowymi zdobyczami. Może tam pójdzie gładko. Na pewno ta osoba świetnie wchodzi w przestrzeń czyichś granic, dopyta, czego pragniesz, a  później rzekomo ci to obieca. Ja nie szukam romansów, motyli w brzuchu czy też urozmaiceń w sferze erotycznej. 
Trwało to jakieś 2 miesiące i to nie całe, tyle czasu wystarczyło. Aby przekonać się, z kim się ma do czynienia. Ja nie jestem naiwna, jak ktoś sobie myśli, zawsze zbieram dowody w postaci nagrywania rozmów, czy zbierania różnych wiadomości. Ja nie jestem osobą do zastraszenia, ja walczę do końca, tego nauczyło mnie trudne życie. Poznajesz w necie kogoś, ktoś oferuje ci pomoc. Spotkanie, wydaje się być mądry i rzeczowy, a tak naprawdę sam jest nikim.

Kolejnym trudnym etapem w życiu było spotkanie ze stalkerem, który podszywał się za Twojego męża na fb, a jednocześnie hejtował publicznie Twoje teksty? Jak sobie z tym radziłaś? Jak to wpłynęło na twoje relacje z bliskimi? To była forma zazdrości?

Nie, teksty hejtował manipulator, który ma bogaty w fanów fanpage na FB. Wielu fanów z fikcyjnych kont, których założyciel zaproponował mi współpracę przy felietonach po to, żeby później mnie krytykować. Jemu wiecznie coś w moich tekstach nie pasowało, ale nie widział belki w swoim oku. Taki hejt obciąża linie papilarne u palców manipulatora, taki człowiek już sam gubi się w tym, co pisze. 

Natomiast stalker to zupełnie inna osoba, która lajkowała mi teksty, była w moich znajomych od kilku lat. To jest człowiek cierpiący na zaburzenia psychiczne typu psychoza bądź schizofrenik. Ubzdurał sobie, że jestem jego żoną, że mamy dziecko. Dołączał status na FB, że właśnie jesteśmy razem i niedługo wyjeżdżamy na urlop. Doszło nawet do konfrontacji z jego żoną, która pokazywała mi wiadomości, w których przedstawiał mnie kolegom jako swoją przyszłą żonę. Ostrzeżono mnie, że dla mojego bezpieczeństwa lepiej zablokować stalkera, ale i tak dezaktywowałam konto, więc kontakt się urwał. Współczuję tej kobiecie, bo ten człowiek nie chce brać leków. Ona w młodym wieku musi się zmagać z takim ciężarem choroby. 

Media społecznościowe są niebezpieczne. Po co tam zaglądać – żeby sprawdzić, kto gdzie był, co sobie zrobił? Ja dodawałam zwykle jakieś cytaty, przemyślenia, raczej figurowałam tam jako przyszły eksponat do muzeum; nudna, ze specyficzną filozofią życia. 

Pod koniec 2020 roku dochodzi do porozumienia z mężem. Przeszliście przez terapię i proces wybaczenia. Uważasz, że teraz, po tych doświadczeniach jesteście silniejsi niż przed tymi wydarzeniami?

Coś tam dotarło do tego płata czołowego – jednego i drugiego. Ja przyciągam osoby trudne, mroczne – to jest wpisane w układ planet przy moim urodzeniu. Na pewno nie będę ze swojej strony więcej stwarzać gróźb i podgrzewać do walki. Ta forma obrony doprowadziła prawie do wewnętrznej ruiny nas oboje. Nie my pierwsi, nie my ostatni. Jesteśmy bogatsi w doświadczenia, to na pewno. 

Interesujesz się Lenomardem i numerologią – zdradź coś więcej o tym hobby?

Kiedy w Wielkiej księdze przepowiedni, publikacja chyba z 1988 roku, książce zamówionej w latach 90 na tv market przeczytałam, że nasza przyszłość jest ustalona od urodzenia, postanowiłam się temu przyjrzeć. Przeprowadzić małe eksperymenty na sobie i otoczeniu.

W dniu narodzin powstaje określony układ planet i nie każdy kelner zostanie piosenkarzem. Choćby nie wiem jak się starał, bo układ planet kręci się jak karuzela i na wszystko przychodzi czas. Horoskop nie jest zainteresowany tym, czy żyjesz, czy nie – robi swoje, ot, taka ironia losu. Ciekawym astrologiem potwierdzającym tę tezę był Leszek Szuman oraz badacz Michael Gauquelin. Przykład ciekawego układu w dniu narodzin miał niewątpliwie, według tych astrologów, Jan Paweł II oraz były prezydent Lech Wałęsa. Kariera Mary Key zaczynała nabierać tempa dopiero w wieku 46 lat. Takie rzeczy jak numerologia czy układ planet możemy sprawdzić samodzielnie, pod warunkiem, że znamy dokładną godzinę urodzenia. Interesuje mnie i przekonuje reinkarnacja, ale to długi i osobny temat.

Lenomard to bezpieczne karty – nie jak np. tarot. To talia 36 kart, symbolizujących proste zagadnienia codzienności, ale nie tylko. Doświadczona osoba potrafi zrobić rozkład na cały rok, ale ja z tego nie korzystam. Trzeba znać również łączenia kart, jakie mają znaczenie z innymi kartami. Takie opisy są często w książkach czy na stronie internetowej lenomarda.

Na przykład kiedyś u znajomej wyszło, że rozwinie firmę. Ale jej związek, jeśli zdecyduje się w nim pozostać, zawsze będzie burzliwy. I to się sprawdziło.

Z kolei u mnie ostatnio pojawiła się informacja, że mogę spodziewać się negatywnej wiadomości. A pewna osoba załatwi tę sprawę pozytywnie. I rzeczywiście: w tygodniu otrzymałam smsa, że jestem dłużna firmie windykacyjnej sporą sumę. Nie posiadam takich zobowiązań, więc zgłosiłam sprawę do operatora sieci komórkowej z prośbą, aby usunęli mój kontakt z windykacji. Po kilku dniach otrzymałam pozytywne rozpatrzenie mojej sprawy i w ramach rekompensaty operator dodał mi bonus do rachunku.

Tak jak wspomniałam, podchodzę do tego w formie zabawy i dystansu, ale coś w tej astrologii niewątpliwie jest zapisane.

Czy rola mamy pomaga Ci w realizowaniu walki o siebie i dodaje przysłowiowego kopniaka do działania? Czy sprawia, że popadasz w stagnację i rutynę?

U mnie rola mamy zaczęła się na studiach na drugim roku. Jako młoda mama musiałam podołać kilku obowiązkom: uczelnia, praca, dziecko – to była ciężka praca, ale miałam dużą pomoc. Najgorsze chyba jest to uświadomienie sobie, że te studia były nic nie warte. Straciłam czas tylko po to, że mam wpisane w metryczkę wykształcenie wyższe. Jednak czas, który straciłam na studia, a mogłam spożytkować chociażby na bycie z dzieckiem, już nie wróci. Człowiek poświęca coś dla kogoś i siebie – żeby chociaż dzieci miały łatwiej w życiu – ale nie zawsze tak jest.

Moja latorośl zawsze może liczyć na ogromne wsparcie jeżeli chodzi o naukę i sprawy młodzieżowe, relacje, konflikty, pasje.

Ma moją pełną akceptację i brak presji, że ja jej narzucam kim ma być i co osiągać. Na pewno będąc mamą nie mam tyle czasu, bo trzeba zadbać o wszystkie potrzeby dziecka – w końcu to już nastolatka. Będzie coraz trudniej w rozmowach, w tłumaczeniu, w pocieszaniu. Myślę, że damy radę z naszym poczuciem humoru. Na szczęście stagnacja mnie omija, ja potrafię dostrzec w codzienności coś więcej. 

Czy to walką o siebie jest siła macierzyństwa? Raczej walczę o innych, pilnuję żeby oni nie upadli. Ze mną jest inaczej: ja jestem bardzo trudnym przypadkiem. Praca ze mną musi opierać się na naprawdę ogromnym zrozumieniu, a to mało kto potrafi wykonać.

W relacji rodzic – dziecko jesteś bardziej mamą, czy przyjaciółką dla swojej córki?

Mam nadzieję, że wszystkim po trochę. Na pewno jestem mamą, choć nie uchodzę za osobę wylewną, trzymam fason i staram się pokazać, żeby być twardym. Bo inni tylko czekają, żeby zrobić z kogoś kozła ofiarnego.

Mogę być za coś wściekła na dziecko, ale bronić będę jak lwica i to robię zawsze, w szczególności gdy córka staje się słabym ogniwem w swoich relacjach z rówieśnikami.

Odnoszę wrażenie, że jesteś silną kobietą. Co naprawdę skrywa pod skórą Elizabeth?

Często jest tak, że facet postawny, zbudowany, dobrze wyglądający, zadbany jest silny fizycznie, a bardzo słaby psychicznie. Tak było z moim ojcem, który popełnił samobójstwo. 

Jestem drobna, krucha na zewnątrz, ale silna psychicznie – nauczyło mnie tego życie. To cenna umiejętność zachowania poker face, czy powiedzenie szczerze swoich zasad, które nie zawsze pasują innym.  

Czy tragiczna śmierć taty wpłynęła na to, że pod skorą jesteś twarda? Doświadczenia kształtują, kim jesteśmy lub kim się stajemy.

Straciłam ojca w tragicznych okolicznościach, mając 27 lat. Ten dzień zapamiętam do końca życia. To był 3 sierpnia 2015 roku, lato, rekordowe wówczas w upałach – jeden telefon mamy zmienia wszystko. Wywraca mój świat do góry nogami.

W drodze na miejsce w mojej głowie kłębiły się myśli, strach o mamę, jak sobie tam radzi. Czy władze i pogotowie dotarły na miejsce. Widok ojca, martwego, pod drzewem, wyglądającego, jakby zapadł w sen, ale już na wieki.

Starałam się to wszystko pozałatwiać jak najszybciej, pomóc w formalnościach, oswoić się z tą myślą. Poradzić z niewygodnymi plotkami ludzi z zewnątrz i pytaniem dlaczego, co się stało.

W takiej chwili plotki, pomówienia, dopowiadania innych osób są na porządku dziennym, a człowiek musi sobie z wielkiego nieładu i chaosu zrobić porządek w głowie, żeby nie zwariować, nie dać się ponieść obwinianiu.

Po wszystkim, kiedy wróciłam do domu i to było takie świeże, takie namacalne. Z każdej strony docierające do każdej komórki mojego ciała. Pamiętam, że tłukłam głową o wannę, nie mogąc pojąć, że ta strata odbyła się w tak dramatycznych okolicznościach.

Cała ta sytuacja ukształtowała mnie, uczyniła silniejszą, a jeszcze bardziej żywe. Realistyczne spotkanie z ojcem we śnie, kiedy było już po pogrzebie. Nigdy tego nie zapomnę. Od tamtej pory jestem o jego duszę spokojna, powiedział mi wiele pięknych rzeczy. W naszej rodzinie jest z pokolenia na pokolenie tradycja proroczych snów. Kiedy mojej mamie śni się jej ojciec, już wie, że ją przed czymś ostrzega –  ja mam to samo z moim. Kiedy nawiedza mnie we śnie, to jest przygotowanie mnie przed zbliżającymi się problemami. Bądź nadchodząca pomoc – ostrzeżenie przed kimś lub przed czymś. Nauczyłam się to kontrolować i rzeczywiście tak jest.

Znam ludzi, których los nie oszczędzał w życiu. Przywdziali oni maskę twardzieli, ludzi dających sobie radę – lecz tylko na pozór: często w zaciszu domowym płaczą w samotności…  Też tak masz? Zdarza Ci się płakać i czuć się bezradną, niekochaną i bezwartościową? 

Oczywiście, mam momenty słabości, beznadziei, bezsilności wobec różnych aspektów życia. W szczególności w kwestiach zdrowotnych, zawodowych, z natłokiem myśli i wydarzeń niepożądanych.  Łzy to nic poniżającego, ale też nie jest to fizjologia w niczym pomagająca.

Zastanawiam się, co tracę z łzami? A czy coś zyskuję? Może ktoś tak, ale ja nie, nic, kompletnie. A może błędnie wykorzystywane są łzy człowiecze? Nie wiem. Nie zmienia to faktu, że jednak się pojawiają, a skoro nie są częste, to jednak musi być to związane z głębią duszy. Domagające się ujścia w często szarej rzeczywistości.

Nie mam odczucia braku miłości, akceptacji w sensie fizycznym, bo w psychicznym to zawsze się czegoś można doszukać.

Jednak wolę taki stan ambiwalentny niż stagnacyjny, bo z tego pierwszego zawsze jeszcze da się coś ciekawego wyciągnąć.

Mówisz, że niektórzy tak mają, że płaczą po kątach, gdy kurtyna dnia opadnie – ale to zazwyczaj większość z nas tak ma. Matka, która wykończona egzystencją i wychowaniem pada bezradnie na podłogę i modli się o siłę. Artysta, który mimo sukcesów i bogactwa sięga na koniec dnia po szklany trunek – wszystko ma swoją cenę. Ktoś podaje warunki, na które człowiek przystaje, dlatego ja stronię od zgrupowań artystycznych, medialnych i jakich tylko można; świat on-line jest równie niebezpieczny. Zaczął mnie ogarniać niepokój o własne sprawowanie, dlatego wycofałam się totalnie.

Piszesz: nie jestem płaczkiem. Uważasz, że płacz to okazywanie naszej słabości? A nie to, że czujemy i coś nas dotyka? Wstydzisz się tego? 

Nie jestem płaczkiem – to znaczy, że nie beczę z byle powodu. W mojej ocenie płacz nie jest słabością, tylko pewnego rodzaju siłą. Zdarza mi się uronić łzy – oczywiście, że tak – w szczególności, kiedy wszystkich problemów jest za dużo. 

Dziękuję za rozmowę!

Na kolejną część wywiadu z Elizabeth zapraszamy wkrótce!