O pasji tworzenia – wywiad z Elizabeth Maziakowską

Rozmowę prowadzi Anna Wieczorek


AW: Kiedy rozpoczęła się Twoja historia z pisaniem?

EM: Tak, jak w przypadku większości z nas, moja historia z pisaniem zaczęła się w latach przedszkolnych. To tam stawiałam pierwsze koślawe hieroglify, przy czym wysłuchiwałam krytyki co do mojego charakteru pisma, a także złego trzymania długopisu albo ołówka w dłoni. To mi nie przeszkadzało – pisałam różne pamiętniki (chyba każdy pamięta w czasach szkolnych tzw. złote myśli, gdzie inni mogli odpowiadać na pytania). Z wiekiem ewoluowałam w tej dziedzinie i pisałam rymy, teksty hip hopowe, bajki. Wszystko amatorsko i bez rozgłosu, dla siebie.

Do końca mojej nauki towarzyszyły mi liściki, rzucane do koleżanek. Lubiłam też pisać listy z nauczycielami i znajomymi, z którymi już drogi się rozeszły. W ten sposób utrzymujemy kontakt do dziś.

Skąd czerpiesz pomysły? Czy jest ktoś, kto Cię inspiruje w tym, co robisz?

Czerpię z natury, z muzyki, z filmów, z wyobraźni. Zawsze muszę mieć przy sobie zeszyt – jeśli nie mam, a coś mi przyjdzie do głowy, nie jestem w stanie wszystkiego zapamiętać.

Jestem baczną obserwatorką. Ważny jest dla mnie każdy szczegół.

W swojej twórczości opisujesz własne życie i doświadczenia. Czy któreś z nich wpłynęło na to, że sięgnęłaś po kartkę i długopis, by przelać je na papier? Czy trudno jest pisać o swoich osobistych przeżyciach i doświadczeniach?

Trudno to jest milczeć na ważne sprawy i męczyć się czyjąś obojętnością czy opinią. Nie mam problemu z opisaniem swojej cząstki życia, pewnych jego aspektów, które wpłynęły na moją osobowość i rozwój. Po kartkę papieru sięgałam, tak jak wspomniałam, od dawna. Jednak gdy zobaczyłam, że zwykli ludzie potrafią wydać tomik wierszy, pisać ciekawe blogi, czy w końcu wydać książkę, stwierdziłam, że też mogę to zrobić. 

Pisanie jest takim paradoksem w moim przypadku, bo z jednej strony sprawia ogromną radość, a z drugiej ból. Nie pamiętam konkretnej sytuacji, że coś mnie pchnęło do pisania, jakiś konkret, to przyszło w sposób naturalny. 

O czym najbardziej lubisz pisać? W jednej z naszych rozmów wspomniałaś, że lubisz pisać o świecie w krzywym zwierciadle. Zdradzisz coś więcej?

Lubię melancholię, ale taką właśnie w krzywym zwierciadle: że z jednej strony jest źle, a jednak z drugiej zabawnie. Zawsze staram się wyciągać coś zabawnego z każdej sytuacji. Humor to moja wizytówka; z natury jestem cicha i spokojna, ale na papier potrafię przelać rubaszne dialogi, a te dają rozrywkę innym. Ja nawet w żalu, pisząc do swojej przyjaciółki maila z moimi zmaganiami, robię to prześmiewczym tonem. 

Buntowniczka (z wyboru), czy pewna siebie idealistka?

Dla mnie pod ideałem kryje się zawsze podstęp, mankament, defekt. Zdecydowanie jestem pewną siebie, tolerancyjną buntowniczką. 

W jednym z wywiadów wspominasz o kwarantanniku – kwartalniku, nad którym pracowałaś w ostatnim czasie. Powiesz nam kilka słów o tym projekcie? Do kogo jest skierowany? W jakiej formie?

Kwarantannik to taki nonszalancki, bezterminowy dziennik. Z twardym tekstem w oprawie czarnego humoru. Już po rozesłaniu przeze mnie kilku przykładowych stron, czytelnicy złożyli zamówienia, ponieważ chcą wznowić swoje aleje myślowe i nie dopuścić do siebie braku posiadania przedniego płata czołowego.

Z tym bezterminowym dziennikiem przejdziemy przez ponad 20 lekcji w dowolnym miejscu i czasie, a nawet weźmiemy udział w rozprawie sądowej, jaka nie miała jeszcze miejsca w historii polskiego sądownictwa.

To dla ludzi, którzy są zmęczeni wyścigiem, materializmem, biegiem, brakiem kreatywności. Bardzo się cieszę, że mogę razem z wydawcą i innymi stworzyć ciekawy produkt, który zdecydowanie odbiega od tego, po co już możemy sięgnąć na rynku.

Warto wierzyć w siebie i swoje marzenia?

Warto walczyć o sprawiedliwość, warto uzbroić się w cierpliwość, porzucić ego i uodpornić się na nieżyczliwych ludzi, kłody rzucane pod nogi. Warto wyposażyć się w narzędzia, które będą naszą osłoną. Przede wszystkim wymienić znajomych , którzy są zimni i zdobywają pozycję dzięki chorym układom. 

Moje marzenia z lat wcześniejszych absolutnie się nie ziściły, widać to nie była moja droga – więc poszłam dalej.

Jaka kobietą jest dziś Elizabeth?

Uchodzę za zimną, obojętna, cyniczną, potrafię doprowadzić do wrzenia. I po części jestem taka, jak wymaga tego ode mnie dana, bieżąca sytuacja. 

Pomagam wtedy, kiedy widzę wartość tej pomocy, resztę czasu przeznaczam na wyższe potrzeby z piramidy Maslowa.

W dobie fb, instagramu, covid ciężko dziś o zadbanie o siebie i swoje potrzeby. Jak ty radzisz sobie w tym trudnym czasie?

Jako aspołeczny trudocholik czuje się doskonale, nie zauważyłam bardzo dużej różnicy. Do lekarza chodzę prywatnie, sklepy z żywnością są otwarte bez problemu, nie szwendam się gdzieś niepotrzebnie. Nie mam mediów społecznościowych od kilku ładnych tygodni, coraz więcej osób rezygnuje z tej formy ekspozycji własnego „Ja” i sobie chwali – może zapoczątkuje to nowy styl? Współczuję ekstrawertykom. Oczywiście, jeśli mam potrzebę, idę do zaprzyjaźnionej kosmetyczki. Do fryzjera nie chodzę. Byłam raz, bo mama mnie zafarbowała podczas wybuchu pandemii na rudo. Chciała coś sprawdzić, ale nie udało się – ot życie. W tym czasie radzę sobie bez większej różnicy. Nie popadam w depresję, w apatię, bo nie prowadziłam wcześniej życia na bogato.

Uważasz się za kobietę niezależną?

Ja jestem realistką, absolutnie nie uważam się za niezależną całkowicie. Należę do gatunku homo sapiens, a ten nie jest samowystarczalny. Są takie momenty, że potrzebuje czyjejś pomocy. Poza tym niezależność może być rozumiana na wiele sposobów. Jestem zależna od chorego systemu państwa, zależna w pewnych pionach zakładu pracy, zależna od swojego stanu zdrowia.

Którą z ról, jakie pełnisz, lubisz najbardziej i dlaczego?

Nazwę to swoją rolą: jestem działaczem. Wszystko pozałatwiam migiem, pozyskam informacje, wypełnię dokumenty, pomogę w zadaniach, porozmawiam z nauczycielami, z przełożonym, zajmę się sprawami, którymi inni nie mają odwagi się zająć.

Dziękuję za rozmowę!

Na kolejną część wywiadu z Elizabeth zapraszamy wkrótce!