Jak to jest z tym zaufaniem?

Od dziecka uczono mnie, że ludzie z natury są dobrzy i każdemu trzeba dać szansę.

Że nikt nie chce dla mnie źle, a to, jak ktoś wygląda, ile zarabia, z jakiego domu, środowiska pochodzi, nie ma najmniejszego znaczenia. 

Z większością tych stwierdzeń zgadzam się do dziś: każdy przecież chce, by odebrano go dobrze i mu zaufano, a nie dodano łatkę – kłamca czy oszust.

Jak to mówią – pierwsze wrażenie jest najważniejsze i często wpływa na dalszy rozwój relacji.

Jednakże życie bardzo szybko zweryfikowało rzeczywistość, to głęboko we mnie zakorzenione przekonanie i wiarę w intencje drugiego człowieka.

Oczywiście nadal wierzę ludziom i na starcie daję im ogromny kredyt zaufania. Czy z niego ktoś skorzysta, czy nie, zależy tylko od niego. Ktoś bardzo mi bliski zawsze mówi: za łatwo ufasz, znów się zawiedziesz czy zostaniesz na lodzie – przez co wielokrotnie się zawiodłam zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym. Czułam smak łez i rozczarowania, a niekiedy miałam poczucie bycia wykorzystaną do czyichś celów – takim środkiem do osiągnięcia sukcesu, jak się okazało: wtedy już nie mojego. Powodowało to we mnie złość na siebie samą, że znów dałam się nabrać na obietnice bez pokrycia, że w odpowiednim momencie nie postawiłam granic czy nie odcięłam się od danej relacji.

Czy zastanawiałaś się kiedyś, jak u Ciebie jest z tym zaufaniem?

Czy w nowej relacji, czy w ogóle w jakiejkolwiek relacji na dzień dobry potrafisz zaufać bezgranicznie drugiemu człowiekowi, czy jednak jesteś ostrożna i to zdobywanie zaufania to pewnego rodzaju proces? Znam ludzi, u których to zaufanie zdobywa się bardzo powoli, poprzez zachowania, sytuacje, jakie nas spotykają w życiu, jak porażki czy sukcesy. Czy dana osoba w sytuacji trudnej, często niewygodnej będzie tuż obok, gdy będziesz w dołku, czy poda Ci pomocną dłoń ot tak, bezinteresownie? A może gdy odniesiesz sukces lub doświadczysz porażki, też będzie trwać przy Tobie mimo wszystko? Czy już wtedy odwróci się na pięcie bez słowa wyjaśnienia?

Czy podobnie jak ja, wchodzisz w relację całą sobą i o każdej porze dnia można do Ciebie zadzwonić, a Ty rzucasz wszystko na pomoc przyjaciółce, którą właśnie zostawił mąż? Zawsze wspierasz ją podczas wielogodzinnych rozmów i ocierasz jej łzy, gdy tego potrzebuje? Czy wykręcasz się, że miałaś ściszony telefon i nie słyszałaś, że dzwoni i widząc, że znów dzwoni, myślisz: o matko, to znowu ona?

Relacje są bardzo trudne, zarówno damsko – męskie, kobiece, przyjacielskie czy rodzic -dziecko (rodzicielskie).

Każda z nich pokazuje nam, ile wart jest drugi człowiek, ile my sami jesteśmy warci dla innych.

Komu możesz zaufać, a komu nie. Jednak by poznać człowieka i jego intencje, często musimy zjeść przysłowiową beczkę soli, a i tak czasem nie wiemy, z kim się przyjaźnimy, pracujemy, żyjemy czy mamy do czynienia.

Czy jesteśmy ważni dla kogoś, czy jesteśmy tylko narzędziem w jego rękach w drodze na szczyt.

Szkoda jedynie, że w sytuacji, gdy moje zaufanie zostało nadużyte, zostaję z przekonaniem, że to znów Ja popełniłam błąd i źle zrobiłam – a nie osoba, na której się zawiodłam.

Dziś, po wielu doświadczeniach staram się być ostrożną i nie ufać bezgranicznie, dając sobie przestrzeń na to, gdyby znów coś nie wyszło i nie obwiniać siebie. To trudne, bo jestem zwierzęciem stadnym, kochającym kontakt z ludźmi i często nasuwa mi się wtedy pytanie: czy na pewno zrobiłam wszystko, by tego uniknąć?… 

Ale jak to powiedział Edward Stachura: Człowiek człowiekowi wilkiem! Lecz ty się nie daj zwilczyć!