„Co Ciebie nie zabije to Cię wzmocni.” … a może jednak wcale nie?

Czyli o mojej osobistej lekcji wytrwałości, którą odrobiłam na 3+. Ale wybaczam sobie.

W październiku 2014 otrzymałam diagnozę SM. Wróciłam na chwilę do domu z SORu a następnie, po dwóch dniach zostałam przyjęta na planowaną wizytę do szpitala w celu dalszej diagnostyki. Pisałam  o tym we wcześniejszych dwóch częściach artykułu.

Wchodząc przez bramę szpitala zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego co będzie się działo.

To był dla mnie smutny moment, miałam przeczucie, że te badania nie wyjdą dobrze. Pomimo emocji, które były we mnie, myślałam o pracy i cały czas „byłam pod telefonem” . To zadziwiające jak łatwo potrafimy rezygnować z walki o własne potrzeby.

Tak, przyznaję się, wtedy jeszcze nie byłam wojownikiem. Po przyjęciu do szpitala trafiłam na bardzo wspierające panie. Dopiero później okazało się jak bardzo tego wsparcia potrzebowałam. Prawda jest taka, że byłam przerażona. Rezonans magnetyczny, pobierania krwi, badanie neurologiczne – te wszystkie procedury medyczne wzbudziły we mnie niepokój.

Najbardziej jednak bałam się nakłucia lędźwiowego, jak się okazało, słusznie. Jest to badanie, które ma wykazać obecność tzw. prążków oligoklonalnych, które występują w przebiegu, między innymi, stwardnienia rozsianego.  Samo badanie było nieprzyjemne, ale nie traumatyczne. Zespół popunkcyjny zdarza się w 30-40% w przypadku osób,  które były poddane takiemu, jak ja, badaniu. Mi się niestety zdarzył, pomimo zastosowania się do zaleceń lekarskich.

Rodziłam naturalnie, mam skalę porównawczą, to jest naprawdę duży ból. 

Na szczęście, jeżeli tak można to ująć,  prawie znika w pozycji leżącej. Dwie doby po badaniu, byłam w kiepskiej formie. Pamiętam, jak pani Doktor przyszła do mnie i mówi „nie podoba mi się pani”. Pomyślałam sobie: „mi pani też aż tak bardzo nie” 🙂 Pomimo jej rekomendacji, żeby jeszcze zostać, poprosiłam o wypis. Nie było mnie już siedem dni w domu, tęskniłam za moją córką. Małych dzieci nie wpuszczają na oddział, tak więc przez cały ten czas jej nie widziałam.

Po powrocie do domu było mi tak dobrze,  nawet pomimo tego, że praktycznie cały czas byłam  pozycji horyzontalnej. Łucją się lekko dziwiła, że mama nie może się z nią bawić, ale chyba już wtedy zaczęła przywykać to tego, że, z uwagi na moją chorobę jej życie będzie wyglądać inaczej. Cały czas, niezmiennie, Łucją pokazuje mi, że nie ma dla niej to żadnego znaczenia. Mama to mama. Kocha się taką jaka jest.

W następnych dniach powoli mi się polepszało. Doszłam do siebie po dwóch tygodniach. Właściwie to, doszłam do siebie fizycznie. Psychicznie byłam w totalnej rozsypce.  Czułam się fatalnie. Ja i moja rodzina  zaczęliśmy na szybko szukać pomocy psychologicznej dla mnie. Trafiłam na panią psycholog, która miała doświadczenie w pracy z osobami z SM. Krok po kroku przeprowadziła mnie przez początki tej niełatwej drogi. 

Dzisiaj wysuwam dwa główne wnioski z tamtej sytuacji. Pierwszy (niezwykle odkrywczy) nie jestem niezniszczalna, są sytuacje które potrafią mnie złamać. I drugi, aby opierać się takim sytuacjom lub też, wychodzić z nich z jak najmiejszym szwankiem, powinnam budować swoją wewnętrzną siłę.