Pomyślmy czasem o sobie. To tak niewiele, potrafi zmienić tak wiele.

W ostatnim czasie bywa trudno o coś dobrego, przyjemnego, dla siebie samej. Po wielu dniach spędzonych w domu, pracy zdalnej i 24-godzinnym kontakcie z domownikami, można zwariować. W tym szaleństwie udało mi się zrobić coś dla siebie, by znów czuć się dobrze z sobą, co ostatnio graniczyło z cudem. Nerwy, bezradność i ogólne zniechęcenie do zrobienia czegokolwiek dla siebie – ale udało się. 

Znalazłam odrobinę energii i czasu tylko dla mnie, więc postanowiłam o siebie zadbać. Umalować się, fajnie ubrać, wyskoczyć ze starego dresu (który leży na krześle jak mój cień – zmęczony po całym dniu, szary, bez życia)… 

Też tak macie? 

Zrobić cokolwiek, by nie widzieć w lustrze wyłącznie worów pod oczami, frustracji i zbędnych kilogramów, jakie przyszły po pandemii. Sprawić, by znów się polubić i choć na chwilę sobie podobać. 

I wiecie co? 

Za sprawą kilku minut, paru kolorowych szmatek i kilku ruchów pędzlem i tuszem wróciłam do świata żywych. Do życia dawno odłożonego na półkę, jak zapomniana książka, którą przykrył kurz. Odrodziłam się na chwilę, by być sobą, by być tu i teraz. Chyba mi tego bardzo brakowało; bycia z sobą i dla siebie. I udało się: poczułam, że żyję. 

Nawet kawa tego dnia smakowała inaczej! I wiecie co? To było najważniejsze, co mogłam dla siebie zrobić w zwyczajny, szary dzień.